wtorek, 29 listopada 2011

Błędy czy najlepsze możliwe decyzje?

Wpatrzony w zdjęcie sprzed czterech lat, tęsknię do tamtego czasu. Do pracy, na którą wtedy narzekałem, a która, dawała mi najwięcej satysfakcji - dziś śmiało to mogę powiedzieć. Ale dziś nie ma juz tego budynku. Dziś nie przyjdzie w lipcowy, wakacyjny dzień mój chłopak w kapeluszu i nie pogra ze mną w Heroesów, nie przyjdzie w mroźną lutową sobotę mój chłopak bez kapelusza i nie poczęstuje mnie octowym chipsem. Momentami tamte czasy wydają mi się takie beztroskie. Miałem pracę, chłopaka, studiowałem. Dziś mam pracę, pracę i pracuję. To wypełnia mi wszystko. Jestem specjalistą od telefonii, energetyki, korepetytorem. Chciałbym coś więcej.

Znam osobę, której niedawno umarł ojciec. Uderzyło mnie to, że wyrzuty sumienia tej osoby wzbudza nawet nieoddana książka. Czemu często dopiero po czyjejś śmierci zastanawiamy się co moglibyśmy zrobić inaczej, lepiej?

Mądry Polak po szkodzie.

Tak jak kierowca autobusu, który był niegrzeczny wobec starszej kobiety, która kupowała bilet przede mną. Powiedziałem, że zachowuje się niewłaściwie i złożę skargę. "Może się pan skarżyć nawet do papieża" - wypalił. Więc się poskarżyłem. Nie do papieża, ale do jego szefa. Ciekawe jaką będzie miał minę przy wypłacie.

A przed szkodą głupi.

Mimo wszystko wierzę, że odgrywa się scenariusz życia taki, który może i powinien jednocześnie.

Bo idea błędów zakłada, że mogliśmy przewidzieć wynik naszego zachowania. Błędem określamy coś po wykonaniu ruchu. Czy to nie błąd przypadkiem?
Zawsze postępujemy tak, jak uznajemy to za słuszne. Na daną chwilę. Nie mamy obok wróżki, która nam powie, że efekty będą inne, niż chcieliśmy.

Czy więc na pewno popełniamy błędy?


sobota, 26 listopada 2011

Zakochany Wrocław

"Seks w katedrze, homoerotyczne łowy w Mleczarni, fatalne zauroczenie 16-latkiem" - to możemy odnaleźć w antlogii która zatytułowana jest tak samo jak mój post.

Krótka recenzja na wroclaw.gazeta.pl zdecydowanie zachęca do przeczytania. Rozbudziła bowiem we mnie romantyczną nutę wspomnieniem o Moście Tumskim. Kiedyś marzyłem o zawieszeniu tam kłódki...

Lubię sobie czasem pospacerować po mieście i odwiedzić miejsca, które kiedyś znaczyły dla mnie trochę więcej. W parku szczytnickim wciąż potrafię poczuć ciepło wspólnego szalika, który w grudniowy mróz grzał wyjętą spod prawa parę. Uwielbiam ten stan, kiedy zatapiam się w tych najfajniejszych momentach w moim życiu. Nie lubię za to szczypty goryczy, którą niesie świadomość, że to już tylko obrazy w mojej głowie. Cóż... mógłbym naprawdę dużo do tej antologii dodać od siebie.

Życie jest zakręcone jak stodoła, powiedziałby mój chemik, gdy chodziłem do LO (nie pytaj dlaczego akurat stodoła). Zakręcone? No właśnie. Zakręca, zatacza kręgi. Koniec jest początkiem, a początek końcem. Moja historia zatacza krąg. Miniony rok w większości wspominam jak koszmar, który - mam nadzieję - już nigdy się nie przyśni. Wkrótce wracam do pracy w firmie, w której niegdyś przepracowałem dwa lata. To będzie bardzo dobry miesiąc. Rzekłbym: doskonały. Kontrastowy do tego sprzed roku. Cóż... kręgi... kręgi... wszyscy poruszamy się w kółko.

Tylko, że jest mały szkopuł. Nikt nie odda mi moich piętnastu sekund.


I tylko o jedno bardzo proszę: nie komentuj tego wpisu.

piątek, 11 listopada 2011

Postawa roszczeniowa

Przyszedł najwyższy czas na nowy wpis. Ten będzie dłuższy, bo sporo mam do przekazania. Rozkminiałem ostatnio takie kwestie jak postawa roszczeniowa, oraz projekcję jako sposób na rozwiązanie wewnętrznego konfliktu.

Ostatnie dwa tygodnie tylko śmignęły mi przed oczami. Były nie tylko pracowite, ale też owocujące w nowe perspektywy. Jestem w sytuacji, w której do tej pory nie byłem jeszcze nigdy. Po raz pierwszy mogę wybrać sobie pracę. Wszystko przez propozycję, którą ostatnio otrzymałem. Nie jest łatwo się zdecydować, chociaż ogromnie kusi większa wypłata i lepsze warunki pracy. Atmosfera, która jest w obecnej firmie wydaje się nie do przecenienia. Potwierdziła to zresztą wczorajsza impreza kadry. W kubańskich rytmach i przy kuflach piwa na koszt firmy, toczył się rozmów bezlik.

I oto paradoksalnie - taka sytuacja pojawiła się nie wtedy, gdy uważałem, że sytuacja na rynku pracy jest do d*py i siedząc na bezrobociu czekałem, aż spadnie mi manna z nieba (tak - jestem bezlitosny wobec siebie :-) ),ale wtedy, gdy pogodziłem się z tym co jest i, uznając nieuchronność pewnych zdarzeń, zacząłem robić wszystko co w mojej mocy, by sytuację zmienić. By los się odwrócił.

Udało się.

I tu zaczyna się moja refleksja nt. postawy roszczeniowej. Wszyscy jesteśmy tym skażeni. Jest to pewna nasza narodowa cecha. Narzekamy na wysokie podatki, niskie płace, polityczne bagno, itp. Brak akceptacji tego, co jest, uniemożliwia nam zmianę. Żeby móc coś zmienić, trzeba zaakceptować fakt istnienia tego. Ludzie nie wchodzą do polityki, bo nie akceptują "politycznego bagna". Tym samym skazują się sami na dalszy dyktat tego "bagna". Można pójść pod prąd niczym samotny rewolucjonista z dumnym sztandarem. Tylko czy to ma sens? Woda drąży skałę. Nie od razu, ale efekty są i są nieodwracalne. Wyznaczenie rzece innego biegu niż naturalny, może się źle skończyć - np. w czasie powodzi. Rewolucje opierają się na sile. Ewolucja (społeczna, polityczna, etc.) opiera się na sile argumentów i zgodzie.
Roszczeniowi są wyborcy, politycy, pracownicy, pracodawcy, partnerzy... Czym jest ciągłe oczekiwanie przedsiębiorcy, że państwo coś mu ułatwi, jeśli nie roszczeniem? Działaj w tym, co jest. Jeśli zdasz trudny egzamin, na łatwym pójdzie Ci doskonale. W drugą stronę już to nie działa.
Akceptacja tego, co jest, daje poczucie szczęścia i spełnienia. Właśnie to sprawia, że uśmiecham się często i z byle powodu. Będzie, co ma być. Cokolwiek będzie, będzie dobrze.

Zdaję właśnie swój życiowy egzamin. Jest nieźle. Jak na człowieka, któremu wpajano, że nadaje się tylko do pracy fizycznej, jest wręcz doskonale. Dlatego cieszę się tym, co mam.
Kiedyś ułożyłem monolog kabaretowy. Profesor mniemanologii - Adolf Rudolf mówi tak:
-...dlatego cieszę się, że jest tak, jak jest, ale mam nadzieję, że będzie też tak, jak teraz nie jest i będzie lepiej.
Dziś nie wydaje mi się to aż tak śmieszne.

Brak akceptacji rzeczywistości może prowadzić do silnych konfliktów wewnętrzych, co też przeszedłem. Ostatnio przyjaciel opowiadał mi o kimś, kto ciągle podejrzewa zdradę u swojego partnera. Szuka dowodów na to. Doszliśmy do wniosku, że człowiek ten ma silny konflikt wewnętrzny. Bardzo chciałby być ze swoim facetem, ale marzy mu się jeszcze poszaleć, a będąc w związku, ma mniejsze możliwości. I próbując rozwiązać ten konflikt wewnętrzny, dokonał projekcji (nieświadomie oczywiście) na swojego partnera. Dlaczego? To prosty mechanizm. Działa na zasadzie: "jeśli udowodnię mu zdradę, to i moja ewentualna zdrada nie będzie niczym złym, a jedynie odegraniem się". Ludzie to lustra. Przeglądamy się w nich i dostrzegamy nasze wyprojektowane cechy. Warto mieć świadomość tego.

Akceptuj to co jest, nie walcz, idź z prądem, używaj inteligentnie tych narzędzi, które masz. Ciesz się i baw się życiem. 

Voila! C'est la vie. :-)


sobota, 22 października 2011

Gen psychopaty

Naukowcy spierają się czy istnieje coś takiego jak gen psychopay. Jedni twierdzą, że jedna osoba na sto rodzi się z zaburzeniami, które sprawiają, że najprawdopodobniej w przyszłości zostanie przestępcą. Inni są zdania, że to podejście do dziecka od momentu poczęcia ma istotny wpływ na kształtowanie jego psychiki.
Na pewno nie można umniejszać roli rodziców. Niewłaściwe podejście do dziecka, brak zrozumienia jego potrzeb, może się odbić na nim negatywnie i rzutować na całą przyszłość.

"Zła nie można się - ot tak - po prostu nauczyć”. – Badania wykazują, że jedna osoba na 100 przychodzi na świat z „genem psychopaty” - tak określiłbym cały zbiór predyspozycji: brak empatii, skłonność do podejmowania ryzyka, potrzeba ciągłej stymulacji". Tak twierdzi psycholog więzienny  David Holmes z Manchester Metropolitan University.
To  trochę jak z homoseksualizmem...
Cóż - z całą pewnością można stwierdzić, że na naszą osobowość wpływ mają różne czynniki i ciężko wskazać jednoznaczne przyczyny takich czy innych zachowań.

Roztrząsanie tego tematu doprowadziło mnie do pewnej refleksji, którą się teraz z Tobą podzielę.
Wychodzę z optymistycznego założenia, ludzie tak naprawdę nie chcą być źli. Jakkolwiek zło rozumiemy. Tzw. zło to wg mnie desperacka, choć nieświadoma, próba zakomunikowania otoczeniu czy społeczeństwu, że coś jest nie tak - ktoś nas krzywdzi, nie spełnia naszych potrzeb, postępuje wobec nas inaczej niż byśmy chcieli. Czasem jest to sprzeciw wobec systemu, w którym przyszło komuś żyć i niekonieczne myślę tu o systemie politycznym.
Oczywiście można za Buddą zawołać: "wyzbądź się potrzeb". Jest to jednak wyższa szkoła jazdy i wymaga dużej pracy nad sobą. Ciężko wymagać tego od kogoś, kto nawet nie wie, że może takiej zmiany w sobie dokonać.
Dlatego tak ważne jest zrozumienie czyichś potrzeb. I dlatego tak ważna jest nauka komunikacji, której w szkołach zupełnie nie ma, by te potrzeby wyrażać zachowując szacunek dla drugiej strony, i by nadal tę drugą stronę rozumieć.

Jesteśmy komunikacyjnie upośledzeni. Mamy problemy z wyrażaniem swoich emocji, uczuć, potrzeb. Znamy za to żale Kochanowskiego w formie trenów (kto pamięta je po latach od zakończenia liceum?) i cykl rozwojowy pantofelka.
Komunikacja urasta dziś do rangi kierunku studiów. Smutne.

Patologiczna edukacja wydaje owoce nie tylko w tej dziedzinie. Masy robotników najemnych w Polsce, zamiast potencjalnych przedsiębiorców, mentalność pozwalająca na bylejakość już od małego (przymykanie oka na ściąganie w szkole), model myślenia naprawczego, a nie zapobiegawczego. To wszystko tworzy społeczeństwo. A to społeczeństwo wybiera władzę. Spośród siebie. Ta władza tworzy prawo w państwie, a więc m.in. system edukacji. I kółeczko się zamyka. Tkwimy w bagnie, z którego inteligentne jednostki uciekają. Wraz z sukcesem Ruchu Palikota, pojawia się nadzieja na jakieś racjonalne zmiany. Ale na cuda nie liczmy. To jeszcze nie to pokolenie.

Dla odmiany nie piosenka, a pół godziny z Palikotem. Nie popełnił w trakcie programu ani jednej gafy, wykazał się charyzmą, pewnością siebie i widać było autentyczność.


niedziela, 25 września 2011

Miłosny duet: tęsknota i romantyzm

Chamstwo nie zna granic, o czym przekonałem się wsiadając wczoraj do autobusu gorzowskiego PKS. Kierowca odmówił mi zgody na wniesienie torby do środka, mimo że powiedziałem, że mam w niej cenne rzeczy - i ok, rozumiem, że niektórzy mają swoje odchyły nawet jesli w autobusie cztery piąte miejsc jest wolne. Problem w tym, jak sie zachował później. Po szybkim przepakowaniu, zadrwił sobie pytając czy ten komputer jest taki cenny. "Co drugi taki ma" - usłyszałem od niego. Nie dość, że bilet na ten autobus jest dwa razy droższy niż u prywatnego przewoźnika, to jeszcze słyszę takie komentarze. Powiedziałem gburowi co sądzę na ten temat, ale jeszcze długo się we mnie gotowało. Ignoracja wyszła z niego totalnie. Komputer to jedno - a co na dysku to drugie. O tym zapewne ten tępak nie pomyślał. W poniedziałek wystosuję skargę do PKS w Gorzowie.

Kupiłem dziś trąbkę rowerową. Będę bezlitośnie niszczył błony bębenkowe w uszach idiotów chodzących po ścieżkach rowerowych. Przy okazji sprawiłem sobie światełka, jako że jesień nadeszła i ciemniej robi się coraz szybciej. Sprawy się prostują. Tak jakby trochę same. Mam wrażenie, że tylko trochę im pomagam. Jesień i zimę spędzę w przyjemnym przytulnym nowiutkim pokoju w centrum miasta. Pracuję tyle, że nie mam czasu na obiad, ale radość i satysfakcja, jaką mi to sprawia, jest bezcenna. Moje życie nabrało sensu na nowo i jeszcze tylko jedna rzecz pozostała do załatwienia. Duża rzecz. Ale już zacząłem nad nią pracować.

Nie przetrwałbym ostatnich kilku miesięcy bez przyjaciół i dobrze wiedzieć, że można czasem na kogoś liczyć. Ale wszystko jest na dobrej drodze. Coraz lepszej. Z uśmiechem zaglądam w przyszłość.O jednej rzeczy jeszcze napisać muszę. O podejściu do spraw. W zależności od nastawienia, tę samą rzecz można odebrać jako życiową karę i nagrodę. Ocena zależy od tego, do czego porónamy zastany stan rzeczy. Obiektywna prawda nie istnieje. Istnieją jedynie subiektywne sądy. Spanie na korytarzu może wydać Ci się życiową karą, jeśli zawsze mieszkałeś w willi z basenem. Ale spanie na korytarzu może okazać się dla Ciebie wybawieniem, jeśli spędziłeś ostatnie trzy noce na mrozie. Punt widzenia zależy od punktu siedzenia i dlatego cieszę się, że miałem okazję w każdej niemal dziedzinie życiaspojrzeć na sprawy z poziomu dużo niższego niż zwykle. Ostatni rok jest dla mnie ogromną nauką na przyszłość. Więcej rozumiem, więcej doceniam, częściej się uśmiecham.

Czasem zadaję sobie też pytanie czym jest tęsknota. DreamWalker twierdzi, że tęsknota pojawia się wtedy, gdy ma się przekonanie, że kiedyś było lepiej niż teraz. Jednak nie do końca sięz tym zgadzam. Tęsknota to także wyraz przywiązania – tego, że coś lub ktoś leży Ci na sercu. Byłbym ostrożny co do przyjmowania jednej definicji. Tęsknota na pewno jest fundamentem romantyzmu. Łatwo się o tym przekonać czytając choćby wiersze Mickiewicza. Romantyzm i tęsknota to ucywilizowany smutek. Taka jego wyższa forma. Czasem gdy jadę po pracy tramwajem odczuwam coś takiego. Ale wysiadam, rozglądam się i myślę: „To miasto. To jest to miejsce. Bez wątpienia jedyne.” I wtedy zapominam o tym, co dręczyło mnie w tramwaju.

niedziela, 11 września 2011

Łzy szczęścia

Pierwszy raz w życiu popłakałem się ze szczęścia. Po raz pierwszy w życiu tak bardzo uwierzyłem w człowieka i w siebie. Przetrwałem najgorsze. Jedna z najbliższych mi osób też przetrwała najgorsze. Odbiła się od dna. Dziś nie mogę powstrzymać łez, bo wiem, że teraz będzie już tylko lepiej. Dziękuję, cholernie dziękuję wszystkim, którzy byli przy mnie w najtrudniejszych momentach i którzy pomagali jak potrafili.
Dziś najsmutniejsza piosenka Myslovitz brzmi dla mnie optymistycznie.

Dziękuję Piotrkowi, który po rozpadzie związku podtrzymywał mnie na duchu jak tylko potrafił. Za pomoc wszelaką dziękuję Kubie, Marcie i Wojtkowi. Dziekuję też Marcinowi za zrozumienie i wsparcie. Dziękuję Michałowi za rozmów wiele i pospieszenie ze wsparciem w grudniu. Dziękuję drugiemu Michałowi za dyscyplinującą i męską rozmowę.
Mojej matce dziękuję najbardziej na świecie za to, że jest.
Tymkowi też dziękuję - on już wie za co :-)

I wszystkim tym, którzy w najtrudniejszych dla mnie momentach, nie odwrócili się ode mnie.

To naprawdę piękny prezent urodzinowy. A teraz naprzód! :-)

niedziela, 14 sierpnia 2011

Ciemnoniebieski jest ble


Opary absurdów. Ludzkich wyobrażeń. Oczekiwań. Interpretacji rzeczywistości. A niemal każda jest jedynie słuszna. Unoszę się w nich jak jak balon, który ma dość helu, by próbować się odbić. Jednak za mało, żeby poszybować. Źle jest oczekiwać helu z zewnątrz. Popatrz na konsekwencje takiej metafory - zdajesz się na los...
Kiedyś myślałem, że tym helem może być miłość. Ale okazało się, że nie. Albo jej nigdy nie było?

Zbyt często mylisz się ulegając rutynie w myśleniu. Co pomyślałeś o tytule mojego posta? A przecież "ble" to tylko greckie słowo oznaczające "ciemnoniebieski".

I pomyślałby kto, że dom nie może stać do góry nogami. Oczywiście, że może.

Odnoszę wrażenie, jakby cały sierpniowy numer "Charakterów" był napisany dla mnie. Przeczytałem go od deski do deski. Nie robię tak zbyt często. I właściwie w każdym artykule znalazłem inspirację do dobrego posta na blogu. Jest tego w sumie za dużo by zrobić krótką notkę. Cóż, wyjąłem więc esencję, która brzmi: "warto patrzeć na tę samą rzecz z różnych punktów widzenia - i rozumieć je". Wiedziałem to już wcześniej. Ale dużo mi brakuje do doskonałości w tym względzie.

"Czas zmarnowany nie istnieje we wspomnieniach" (Stefan Kisielewski). To jest pocieszająca myśl. Za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat i tak będę miał obraz mojego dotychczasowego życia złożony z chwil "niezmarnowanych".
Podczas porządków znalazłem malutką książeczkę pt. "umieć żyć". Każdy dostał taką na koniec liceum, ale tytuły i zawartości różniły się. Na wewnętrznej stronie okładki, wychowawczyni napisała cytat z Goethego: "nie zawsze się traci, kiedy się zostaje pozbawionym czagoś". Magia takich słów polega na tym, że można je różnie interpretować i zawsze znaleźć w nich pociechę.

Dwa tygodnie odpoczynku od rodziny i wielkiego miasta dały mi niesamowitą siłę i motywację. Dokładnie tego potrzebowałem. Dokładnie tego nie miałem przez kilka ostatnich lat - dwa tygodnie bez choćby odrobiny stresu. To było świetne. Dlatego, kiedy znowu moja noga stanęła w wielkim mieście, ja byłem morzem spokoju. W pełni zdysocjowany. Z przyjemnością patrzyłem na ruch, słuchałem miejskiego hałasu relaksując się wewnętrznie. Jeśli nie wieje wiatr w żagle, trzeba w nie dmuchać. Znowu mam siłę do tego. I znowu mogę podjąć walkę taką jak pięć lat temu. Jednak tym razem mi się uda :-)



Czy Alex Band pisze piosenki dla mnie? :-)

 

czwartek, 23 czerwca 2011

Duma z sukcesu

Zagryzłem wargi gdy pojawiła się na horyzoncie nowa nadzieja. Ta nowa nadzieja, to myśl, która sprawia, że czuję się dobrze, nawet gdy nie jest dobrze (choć to tylko kwestia oceny). Jestem wdzięczny losowi za to wszystko co mnie spotkało. Nauczyłem się cieszyć z najdrobniejszych szczegółów i doceniać to co już mam. Uczę się swojej własnej wartości. Jestem dla siebie przyjacielem i to jest najważniejsze. Wszystko co robię, robię dobrze, nawet jeśli oceniasz to inaczej. Nauczyłem się, że nikogo nie potrzebuję, choć dobrze, że są przyjaciele. Daję sobie radę. Fakt, że ciągle, mimo potężnych trudności, ciągnę wózek do przodu, to dowód dla mnie samego, że jest ok. Nigdy się nie poddałem.

I z ogromną radością stwierdziłem dzisiaj, że pewnego dnia, opowiem komuś, krótką historię mojego życia. Opowiem, jak w jednym czasie opuścił mnie chłopak, którego bardzo kochałem, tonąłem w długach i własnych fobiach, skręciłem kostkę nie mając ubezpieczenia zdrowotnego i zachorowałem na przykrą dolegliwość. Puentując tę opowieść, dodam: "a mimo to poradziłem sobie. I jestem z tego dumny".

niedziela, 5 czerwca 2011

Ułuda wyboru

Człowiek podobno obdarzony jest wolną wolą. Czy na pewno? Czy podejmując różne życiowe decyzje, mamy realny wybór?
Cóż... jaki wybór ma człowiek, który cierpi na arachnofobię, gdy zobaczy pająka? Jaki inny, niż ucieczka? To przykład skrajny, ale sprawa jest głębsza. Ta arachnofobia to wdrukowanie. Kiedyś zdarzyło się coś, co spowodowało, że ktoś cierpi na arachnofobię. Teraz, gdy widzi pająka, ma teoretycznie wolną wolę - może go równie dobrze pogłaskać, ale jakoś tego nie robi. Czy więc rzeczywiście może, czy raczej jest to złudna możliwość?

Jeżeli wyjdziemy z założenia, które ja przyjmuję, że człowiek podejmuje zawsze najlepszą możliwą decyzję, spośród mu dostępnych na podstawie swojej aktualnej wiedzy i doświadczeń życiowych, to czy rzeczywiście ma możliwość podjęcia innej? Skoro nie podjął... czy miał możliwość? Może to się wydać trudne do zrozumienia - sam miałem z tym kłopot. Pomyśl - podejmując decyzję, chcesz uzyskać dla siebie jak najlepsze rezultaty - to normalny ludzki mechanizm. Skoro więc podejmujesz decyzję na bazie wiedzy i doświadczenia, oznacza to, że świat, historia, wszystkie wydarzenia w Twoim życiu potoczyły się w taki sposób, że jedna z decyzji wyda Ci się najlepsza i podejmiesz ją. Wyobraź sobie, że jesteś w białym pustym pomieszczeniu. Nie wiesz kim jesteś, skąd się tu wziąłeś, NICZEGO nie pamiętasz, ale nadal umiesz myśleć logicznie. Nie masz wiedzy, doświadczenia. Przed Tobą trzy pary drzwi. Takich samych. W tych samych odległościach od siebie. Wiesz, że możesz wybrać tylko raz. Które otworzysz? Dopiero teraz masz prawdziwy wybór. Dopiero teraz NIC nie wpływa na Twoją decyzję. Wygląda więc na to, że prawdziwie wolne decyzje podejmowane byłyby na zasadzie losowości. W życiu nie decydujesz losowo.

Tak więc wybór to ułuda. Taki wniosek wysnuwam z jakże pozytywnego i racjonalnego założenia, że ludzie podejmują zawsze najlepsze wybory z możliwych. Co więcej... wniosek ten wysnuwam mając pewien bagaż doświadczeń i wiedzy... Trochę matrix, nie sądzisz?

Dlatego - co ma być to będzie. Tak naprawdę nie Ty decydujesz, a sposób, w jaki ułożył się wszechświat w tym konkretnym momencie. Wygląda trochę na abstrakcję. Ale dla mnie to rodzaj zbiorowego umysłu. Akcja - reakcja. Przypominamy trochę roboty. Cóż, nasz mózg robi nas w konia - w końcu sam jest programowalny, a proces reprogramowania jest długi i żmudny. Ludzie nie lubią tego robić, więc wolą tego unikać. Dlatego całe pokolenia zajmuje zmiana mentalności.

czwartek, 19 maja 2011

Czym jest miłość

Rozmawiałem wczoraj ze znajomym, który powiedział w pewnym momencie, że "potrzebuje chłopaka". To sformułowanie kazało mi się zatrzymać myślami. I pojawiło się kilka pytań.
Czy jeśli potrzebujesz chłopaka, to na pewno powinieneśgo mieć (być z nim)?
Do czego go potrzebujesz? Za co będziesz go kochał?
Odpowiedź na ostatnie pytanie warunkuje to czy będziesz go kochał w ogóle. Bo może Ci się wydawać, że go kochasz, bo on jest taki fajny i daje Ci jakieś zasoby... A co się stanie gdy z jakichś powodów tych zasobów już nie będzie mógł Ci dawać? Przestaniesz go kochać? To nie miłość. To imitacja miłości. Fascynacja, zauroczenie - nie miłość. Fajnie, gdy zaczyna się od kosmicznej ekscytacji i fascynacji drugą osobą, ale warto pamiętać, że ten ktoś nie jest ideałem i przyjdzie czas by tego człowieka (ze wszystkimi jego zaletami i wadami) obdarzyć prawdziwą miłością. Czy będziesz na to gotowy?

I tu mi się przypomina piękny wiersz Jonasza Kofty. Niech te wersy posłużą za definicję miłości. Ja więcej dodawać już nie muszę :-)

Jonasz Kofta

"Co to jest miłość"


Co to jest miłość
Nie wiem
Ale to miłe
Że chcę go mieć
Dla siebie
Na nie wiem
Ile

Gdzie mieszka miłość
Nie wiem
Może w uśmiechu
Czasem ją słychać
W śpiewie
A czasem
W echu

Co to jest miłość
Powiedz
Albo nic nie mów
Ja chce cię mieć
Przy sobie
I nie wiem
Czemu

sobota, 7 maja 2011

Hitler - człowiek z poczuciem krzywdy

Zło rodzi się z poczucia krzywdy, odrzucenia, zagrożenia. Z poczucia - co oznacza, że nie musi to być obiektywną prawdą, jest natomiast "prawdą" dla złego umysłu. Ale zło rodzi się także z definicji dobra. Zło jest zaprzeczeniem dobra. Dobro i zło nie mogą istnieć bez siebie. Tak długo, jak wierzysz w istnienie dobra, tak długo wierzysz w istnienie zła. To zamknięte koło.

Dobrym przykładem może być Adolf Hitler - człowiek, który stracił rodzinę w dzieciństwie, człowiek, który nie został przyjęty na wymarzoną uczelnię... Choć czyny jego godne są potępienia, to godna podziwu jest pasja, z którą walczył, pasja której zbyt często brakuje "dobrym" ludziom (wiesz czemu w cudzysłowie, prawda? Kwestia definicji). Sam chciałbym mieć taką pasję do "dobrych" rzeczy. Jeśli czytałeś testament polityczny Hitlera, możesz łatwo zauważyć, że dokonywał on projekcji. Obwiniał wszystkich i wszystko za wojnę, tylko nie siebie samego. Pisał: "Jest nieprawdą, że ja lub ktokolwiek inny w Rzeszy chciał wojny w 1939". Uciekał od odpowiedzialności, co jest typowe dla wielu ludzi.
Jeśli coś robisz, to znaczy, że chcesz. Bierz odpowiedzialność. Słówko "muszę" zakłada istnienie zewnętrznego "zmuszacza" i zdejmuje z Ciebie odpowiedzialność (tylko w Twojej wyobraźni). Tworzy fikcję. Jeżeli coś robisz, chcesz to robić, bo otrzymasz z tego określony efekt (konsekwencje). Zawsze masz wybór. Muszę iść na zakupy... Czy to prawda? Okazuje się, że możesz zostać w domu. Co prawda będziesz głodny, ale do sklepu nie pójdziesz. Czy więc musisz?

Chcieć znaczy móc. Znasz to przysłowie.

Kłótnie mają miejsce, bo ludzie chcą się kłócić. Czy może się kłócić tylko jedna osoba? Wystarczy, że z dwóch osób tylko jedna nie chce kłotni i być jej nie może. Ale kłotnia to rzecz bardzo specyficzna. Kłotnia to też przerzucanie odpowiedzialności - to Ty mnie zdenerwowałeś!
Kłotnia bierze się z przekonania, że coś nam zagraża - tak, kłótnia jest odruchem obronnym. Gdy mamy do czynienia z kłótnią - obie (lub więcej) osoby czują się w jakiś sposób zagrożone. Nawet jeśli to tylko wytwór wybujałej fantazji. Warto mieć tę świadomość i docierać do sedna problemu w spokoju.

W swoim szaleństwie Hitler nie dostrzegł ilu ludzi skrzywdził. Tu się już nie da pisać o przerzucaniu odpowiedzialności (chociaż równie odpowiedzialni są wszyscy, którzy wykonywali jego wolę- przy sprzeciwie całej armii sam Stalin nie miałby nic do powiedzenia; słuchali go, bo chcieli słuchać). Bo pewnie, że ludzie mogli sobie wyprać mózgi i powtarzać, jacy to są szczęśliwi, gdy nad głowami mają "arbeit macht frei", ale nie zmieniłoby to faktu wymordowania i upodlenia całych rodzin i nacji.
Dlaczego krytykując postępowanie naszych rodziców, tak znakomicie kopiujemy je swojego życia?

Kontrowersyjnie:
dlaczego pedofilami najczęściej są ludzie, którzy sami byli wykorzystywani w dzieciństwie?

Ofiara zawsze staje się katem. Niestety zazwyczaj nie dla swojego kata, a dla całkiem niewinnych osób.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Inny poziom

Rozmawiam z ludźmi. Zabraniają mi "filozofować", a jednocześnie sami mają masę ograniczających przekonań i wypowiadają się jakby pozjadali rozumy. Wielokrotnie spotykam się z tym, że jedyną argumentacją w dyskusji jest "ja mam dużo więcej lat od ciebie i moje doświadczenie życiowe...". Aż się prosi żebym dokończył "jest twoje". Mogę się tylko uśmiechnąć pod nosem. Niech wierzą dalej w swoje lipne myśli.

Wciąż kwestionuję swoje myśli. W miarę możliwości. Zadaję sobie pytania "po co?", "czy jest mi z tym dobrze?", "jak?", "dlaczego?", "czy na pewno jedno oznacza drugie?". Z czasem odkrywam ze zdumieniem, że zamiast wiedzieć o sobie coraz więcej... jakby rozpływam się. Odkrywam coraz więcej obszarów, o których wiem mało albo nic. Jedyne co we mnie kwitnie coraz bardziej to niechęć do wydawania autorytatywnych wniosków i werdyktów, do pochopnych reakcji. Jest mi wstyd za niektóre rzeczy - choć to też myśl do podważenia.

Słuchając płaczu umierającej osoby usiłuję przywołać w myślach całą swoją wiedzę, by zrozumieć jak najwięcej. Tak krótka jest nasza obecność na świecie. Czemu robimy sobie z niego piekło? Czemu ego tak często zwycięża u Ciebie i u mnie?
Ktoś ładnie powiedział: "tak krótko żyjemy, a tak niewiele robimy, by to życie uczynić lepszym".

- Potrzebuję pomocy - natychmiast - inaczej oszaleję! Mieszkamy w małym pokoju - moja żona, moje dzieci i moi teściowie. Jesteśmy na granicy wytrzymałości, krzyczymy i wrzeszczymy na siebie. Ten pokój - to piekło!
- Czy obiecujesz, że spełnisz wszystko, co ci polecę - powiedział Mistrz z wielką powagą.
- Przysięgam, że spełnię wszystko.
- Doskonale. Ile macie zwierząt?
- Krowę, kozę i sześć kur.
- Wprowadź je wszystkie do waszego pokoju. I przyjdź do mnie za tydzień.
Uczeń przeraził się, ale przecież obiecał być posłusznym. Wprowadził zwierzęta do pokoju. Wrócił po tygodniu, w stanie godnym politowania, i skarżył się:
- Jestem kłębkiem nerwów. Ten brud, smród i hałas! Wkrótce chyba wszyscy postradamy zmysły!
- Wracaj do domu - powiedział Mistrz - i wyprowadź zwierzęta z pokoju.
Człowiek pobiegł szybko do domu. Następnego dnia wrócił, promieniejąc z radości.
- Jak cudowne jest życie! Wyprowadziliśmy zwierzęta. Nasz dom stał się rajem. Co za spokój, jak czysto i ile przestrzeni mamy dla siebie!

Doceniajmy to, co mamy.

Wesołego jajka.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Odpal kotwicę!

Statek opuszcza kotwicę. Kotwiczy w jakimś miejscu. Inny statek kotwiczy w innym miejscu. Teraz już nie może popłynąć dalej. Jest przywiązany do tego miejsca tak długo, aż kotwica zostanie podniesiona. A podniesienie kotwicy to trudniejsza praca, niż jej opuszczenie.

Twoje myśli też kotwiczą. Na słowach, ludziach, przedmiotach. Słowo jest kotwicą. Tzw. brzydkie wyrazy też. Od małego jesteśmy uczeni, że niektóre słowa na K, CH, P, S są brzydkie. Są?
Czy Chińczyk słysząc polski wulgaryzm na K uzna, że jest to brzydkie słowo?
Czy zatem słowo jest brzydkie czy może jest to po prostu pewna umowa społeczna?
I tak kotwiczymy... na słowie "żelazko" obraz urządzenia, przy pomocy którego sprawiasz, że koszule ładnie wyglądają.
Na ludziach też kotwiczymy. Szczególnie jeśli pewne sytuacje się powtarzają. Uczymy się wtedy przypinać etykietki. "Gbur", "cham", "malkontent", "wesołek". Wystarczy, że w towarzystwie danej osoby uaktywniasz pewne emocje. Tym łatwiej Ci to przychodzi im częściej to robisz. W końcu wchodzi Ci to w nawyk i wydaje Ci się, że on "gburem", "chamem", "malkontentem", "wesołkiem".
Kotwiczyć możesz wszystko - emocje, wyobrażenia. Pewnego dnia możesz poczuć zapach lub usłyszeć melodię, która przypomni Ci jakieś wydarzenie z dzieciństwa. To właśnie będzie kotwica. Melodia stała się kotwicą dzieciństwa.

Czy można podnieść kotwicę? Ależ oczywiście, że tak. Wymaga to jednak przede wszystkim świadomości i chęci. Im dłużej kotwiczyłeś, tym prawdopodobnie cięższą pracę będziesz miał do wykonania. Czasem warto, a czasem nie. Ty decydujesz.
Jeśli jednak chcesz to zrobić, wiedz, że kluczem do przekotwiczenia, jest praca. Ubung macht den meister! (bardzo podoba mi się niemiecka wersja tego powiedzenia). Aby tego dokonać, spraw, by słowo pojawiało się w innych niż dotychczas momentach, by przebywać z człowiekiem w innych okolicznościach. By zmienić swoje zachowanie. Bo pamiętaj, że pracujesz ze sobą, a nie ze słowami, przedmiotami czy innymi ludźmi.

Bądź świadomy :-)

środa, 20 kwietnia 2011

O atrybutach słów i przedmiotów

Czy słowa mogą ranić i obrażać, a przedmioty należeć?

Język. Czasem wyręcza on bardzo sprytnie nasz mózg w myśleniu. Pisałem już o przerzucaniu odpowiedzialności na otoczenie. Teraz temat pokrewny.

W polskim prawie bardzo często stosuje się przepisy np. o zakazie obrazy uczuć religijnych. Czy ja mogę kogoś obrazić? Czy słowo wypowiedziane przez kogoś może ranić?
W językach programowania możemy nadawać np. obiektom atrybuty. Nie będę się o tym rozpisywał, podam prostszy przykład. Plik tekstowy może mieć atrybut "ukryty", "tylko do odczytu". Jednak o ile w informatyce możemy sobie pozwolić na ułańską fantazję w doborze atrybutów, o tyle w świecie rzeczywistym już takiej możliwości nie mamy. Możemy w głowie nadać telewizorowi atrybut "mój". W jaki sposób on jednak jest mój? To, że jest, wiem na pewno. Ale mój? Telewizor może mieć atrybut "przekątna ekranu". Może mieć atrybut "kolor obudowy", albo "rodzaj ekranu" (kineskopowy, LCD, LED).
Znane są cywilizacje, które w swoich językach nie mają zaimków dzierżawczych. Ich postrzeganie jest zupełnie inne. Przedmioty po prostu są. I tyle.

Gdy nie znamy jakiegoś języka obcego i ktoś powie do nas coś bardzo obraźliwego w tym właśnie języku, nie obrazimy się, ponieważ nie wiemy co to znaczy. Nie obrazimy SIĘ. Samo to, że ten czasownik jest zwrotny już daje wiele do myślenia. Usłyszymy pod naszym adresem "ty *****!" i obrażamy się obrazami, które sobie wyobrażamy w reakcji na te słowa. Ale nie to jest najważniejsze. Skoro nie obrazisz się za słowo, którego nie znasz, oznacza to tyle, że słowo nie ma atrybutu "obrażanie". Jeżeli oglądamy zdjęcie i każdy stwierdza, że to zdjęcie jest zbyt jaskrawe, możemy dostrzec, że zdjęcie ma atrybut "kontrast", który jest wysoki. Jeżeli jeden obrazi się za słowo "burak", a drugi nie, to znaczy, że słowo nie ma atrybutu "obrażanie".

Czy zbiór literek na ekranie w przykrej wiadomości może ranić? To tylko kilka bajtów. Dlaczego się ranisz tym co myślisz, gdy czytasz te literki?


Na deser fragment książki OSHO - "Świadomość. Klucz do życia w równowadze":

Ktoś przychodzi, chwali cię, twoje ego rozdyma się i czujesz się świetnie… A za chwilę nadejdzie ktoś, kto przekłuje cię jak szpilką i będziesz leżał płasko na podłodze.Nie jesteś panem samego siebie. Każdy może cię obrazić, zasmucić, zezłościć, zirytować, zniecierpliwić, sprowokować do walki, wywołać twoje szaleństwo.

Tak samo, zresztą, ktoś inny może cię pochwalić, sprawić, że wzniesiesz się na wyżyny, poczujesz się najważniejszy, lepszy nawet od Aleksandra Wielkiego. I zgodnie z tymi manipulacjami, ty reagujesz w taki lub inny sposób. Tego nie można nazwać działaniem.

Budda przechodził przez wioskę. Grupa ludzi zebrała się i zaczęła go obrażać. Obrzucali go wszystkimi obelgami, jakie tylko mogli wymyślić. Budda zatrzymał się, słuchał w ciszy, z wielką uwagą, a następnie powiedział:

- Dzięki, że przyszliście tutaj. Niestety, dzisiaj mam mało czasu, ponieważ czekają na mnie ludzie w sąsiedniej wiosce. Jutro rano, kiedy będę wracał, będę miał dla was więcej czasu. Zbierzcie się jutro i powiedzcie mi wszystko to, czego dziś już nie mam czasu wysłuchać. Bardzo przepraszam i do zobaczenia jutro.

Ci ludzie nie mogli uwierzyć własnym uszom i oczom: Budda ani się nie zdenerwował, ani nie poczuł się obrażony. Jeden z nich zapytał:
- Nie słyszałeś co do ciebie mówiliśmy? Obrażaliśmy cię najgorszymi słowy, a ty nawet nie zareagowałeś!
Budda odrzekł:

- Jeśli chcieliście mojej reakcji, to spóźniliście się o jakieś dziesięć lat. Teraz już nie jestem niewolnikiem, lecz panem samego siebie. Zachowuję się zgodnie z samym sobą, nie poddaję się manipulacji innych ludzi. Robię wszystko zgodnie z moimi potrzebami wewnętrznymi. Nie jesteście w stanie do niczego mnie zmusić. Wszystko jest w porządku – chcieliście mnie obrażać, obrażaliście mnie. Czujcie się spełnieni; wykonaliście swoje zadanie doskonale. Jeśli zaś chodzi o mnie, to nie przyjmuję waszych obelg, a jeśli ich nie przyjmuję, to nie mają one dla mnie żadnego znaczenia.

Kiedy ktoś cię obraża, musisz stać się odbiorcą, musisz zaakceptować to, co mówi; jedynie wtedy rodzi się twoja reakcja. Jednak, jeżeli nie zaakceptujesz, jeżeli jesteś ponad te obelgi, trzymasz dystans, zachowujesz spokój – co można ci zrobić?

Budda mówi: Można rzucić płonącą pochodnię do rzeki. Będzie płonęła dopóki nie zatonie. Później – nie ma ognia, rzeka pozostaje chłodna. Trzeba stać się jak rzeka. Rzucacie obelgi, są one jak ogień, ale z chwilą gdy do mnie dochodzą, gasną. Nie ranią. Rzucacie ciernie, kiedy docierają do mnie – zakwitają. Zachowuję się zgodnie z moją wrodzoną naturą.

Na tym polega bycie spontanicznym.
Człowiek świadomy rozumie, działa. Człowiek nieświadomy reaguje jak maszyna. Ale rzecz nie tylko w tym, że człowiek świadomy po prostu obserwuje – obserwowanie, to zaledwie jeden z aspektów jego jaźni. Nie podejmuje działania bez obserwacji. Ale nie zrozum mnie źle – całe Indie, na przykład, nie umiały pojąć człowieka takiego jak Budda. Dlatego ten kraj stał się taki pasywny. Sądząc, że wszyscy wielcy mistrzowie nakazują: „Siedź w ciszy!” cały kraj stał się leniwy, niedbały. Stracił energię, witalność, życie. Stał się tępy, nieinteligentny; inteligencja bowiem ostrzy się jedynie w działaniu.

Kiedy działasz z chwili na chwilę, w pełni świadomie i uważnie, rodzi się w tobie wielka inteligencja. Zaczynasz jaśnieć, błyszczeć, stajesz się rozświetlony. To zdarza się dzięki dwóm rzeczom: obserwacji i działaniu będącym wynikiem obserwacji. Jeśli obserwacja nie niesie za sobą żadnego działania – popełniasz samobójstwo.

Obserwowanie powinno prowadzić do działania, do nowego sposobu działania. Wprowadza ono do działania nową jakość. Obserwujesz, jesteś całkiem spokojny i milczący. Dokładnie widzisz jaka jest sytuacja i dzięki temu rodzi się twoja odpowiedź. Człowiek świadomy odpowiada, nie odreagowywuje. Jego działanie bierze się ze świadomości, nie z twojej nim manipulacji. Oto różnica. Toteż między obserwacją a spontanicznością nie ma żadnej sprzeczności. Obserwacja to początek spontaniczności, spontaniczność to wynik obserwacji.

Człowiek, który naprawdę rozumie, działa doskonale, pełnią siebie, dzięki temu, że działa natychmiast, w tej samej chwili, z głębi swej świadomości. Jest jak lustro. Człowiek zwykły, nieświadomy, nie jest jak lustro tylko jak naświetlona klisza. Jaka jest między nimi różnica? Klisza, raz naświetlona, staje się bezużyteczna. Docierają do niej wrażenia, zostają utrwalone – stają się fotografią. Ale trzeba pamiętać, że fotografia to nie jest rzeczywistość. Rzeczywistość się rozwija. Możesz zrobić zdjęcie róży w pąku. Jutro zdjęcie będzie takie samo, ale jeśli porównasz je z różą – ona już się zmieniła. Jedne róże odchodzą, inne się pojawiają, zdarzają się tysiące rzeczy.

Życie nigdy nie jest statyczne, wciąż się zmienia. Twój umysł działa jak aparat fotograficzny – robi zdjęcia, tworzy albumy. I na podstawie tych zdjęć, ty reagujesz. Czyli nigdy nie jesteś prawdziwy w stosunku do życia. Cokolwiek robisz, jest to złe. Powtarzam:wszystko, co robisz jest złe. Nigdy nie pasuje do danej chwili.

sobota, 16 kwietnia 2011

Poznawać siebie w związku

Ten post jest kopią pytań i odpowiedzi na blogu Sztuka Bycia Gejem. Są to myśli tak cenne, że postanowiłem stworzyć z nich wpis na swoim blogu, otrzymawszy wcześniej zgodę DreamWalkera. Zgadzam się z nimi w 100%.

DreamWalker: 

Ludzie nienawidzą tego, od czego są zależni.

Ale mimo to związki są sensowne - dopóki je robimy. Bo dzięki interakcji z drugą osobą, poznajemy własne wnętrze. A to daje nam szansę, by się uczyć.
Pytanie: czy chcemy?
Czy chcemy się uczyć? Czy chcemy poznawać siebie? Czy chcemy uwolnić się od tych ograniczających schematów?

Marcin:

Czy można z kimś być, kochać go i choć w małym stopniu się nie uzależnić czy przywiązać? Jak więc zbudować związek oparty na miłości bez uzależniania się od drugiej osoby?

DreamWalker: 

Zbudować związek oparty na miłości z SAMYM SOBĄ. Wtedy dopiero nie będziesz potrzebował drugiej osoby. I tylko i wyłącznie wtedy będziesz mógł ją pokochać taką, jaka jest.

W momencie, gdy wierzymy w myśl, że potrzebujemy drugiej osoby do czegoś, staramy się tą osobę zmanipulować tak, by pasowała do naszego wyobrażenia. To dzieje się zawsze - czy to sobie uświadamiamy, czy też nie. To tresowanie za pomocą wkurzenia, to robienie pięknych oczu, płacz, by ktoś zmienił swoje zachowanie. Mamy w palecie tysiące sztuczek, by wpływać na innych i jednocześnie oszukiwać siebie, że wcale tego nie robimy.

Stwórz idealny związek z samym sobą. Wtedy odkryjesz miłość w sobie. W sobie znajdziesz idealne wsparcie w każdej sytuacji. To sprawi, że przestaniesz wymagać od swojego partnera czegokolwiek i pozwolisz mu rozkwitnąć - by był taki, jaki chce być. Wtedy może odejść, może zostać, może z Tobą być lub nie - to nie ma znaczenia. W końcu zrozumiesz, że prawdziwa miłość to taka, która wspiera odchodzącego partnera i pozostaje radosna. Miłość - ta prawdziwa, idąca z czystego serca, a nie z uzależnionego umysłu - jest bezwarunkowa. Daje drugiej osobie bezgraniczną wolność. Prawdziwa miłość nie kocha, bo [coś tam]. Prawdziwa miłość kocha, bo kocha. To wszystko.
Gdy odkrywasz, że sam jesteś partnerem, na którego czekałeś całe swoje życie, nikt nie jest Ci już potrzebny do szczęścia.
 

Forteca głupców

Jest taka reguła w technikach wpływu na ludzi, która nazywa się regułą zaangażowania i konsekwencji. Gdy uprzytomniłem sobie jak bardzo ten mechanizm działał w moim przypadku, nie mogłem uwierzyć, że skala tego zjawiska była u mnie tak wielka.
O co chodzi? Już wyjaśniam.
Jest to w gruncie rzeczy sprawa dość prosta: im bardziej i dłużej się w coś angażujemy, tym trudniej przychodzi nam przerwanie tego co robimy. Od małego jesteśmy uczeni by być konsekwentnymi. Ile razy słyszałeś: "jak już zacząłeś to dokończ", "jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B". Otóż czasem okazuje się, że jest to góralska prawda, ale nie każdy o tym wie. Wielu ludzi męczy się na studiach, odkrywając np. na drugim roku, że to nie jest kierunek dla nich, bądź w ogóle nie mają ochoty na studia. Jednak presja rodziny, która zainwetowała pieniądze w Twoje studia jest tak wielka, że trudno jest wycofać się z tej drogi i obrać nową. "Bo zmarnujesz pieniądze i nasz wysiłek..." Znowu góralska prawda. Pieniądze zostały wydane na wiedzę i doświadczenie życiowe, które masz w obecnej chwili. Nic nie zostało stracone.
Z tego samego powodu ludzie męczą się w bardzo trudnych związkach.

Bywa... ba... nawet bardzo często tak jest... ba... nawet prawie zawsze, że ludzie robią wszystko, żeby:
a) nie myśleć - nie dopuścić do swoich głów myśli i wniosków, które zagrażałyby ich postrzeganiu rzeczywistości,
b) potwierdzać swoją wersję rzeczywistości - spośród groma artykułów psychologicznych, będą zwracać uwagę jedynie na te, które pasują do ich poglądów.
I tak ludzie tkwią w swojej fortecy głupców broniąc się.
To dlatego konserwatyści są nierzadko agresywni wobec ludzi postępowych. Oto może się okazać, że ich wizja świata nie jest prawdziwa, a przecież nie może tak być! Trzeba zatem walczyć z cywilizacją śmierci! Oto okazałoby się, że droga na którą weszli jest błędna... I tak próbując się chronić przed koniecznością bycia niekonsekwentymi, co oznaczałoby konieczność zejścia z obranej drogi, zmiany poglądów, itp., próbują całemu światu udowadniać, że to oni mają rację.
Pojawia się tu kolejna ciekawostka: najbardziej przekonywać innych chcą ci, którzy sami nie są do końca przekonani o tym, co mówią.

Przyjrzyj się sobie. To działa u każdego. Z pewnością i Ty odkryjesz w sobie ten mechanizm. To pierwszy krok do tego by przejąć nad nim kontrolę.

piątek, 8 kwietnia 2011

Ego i miłość

"Nasze ego ma tendencję do nadymania się. Ludzie celowo komplikują życie, by wzmacniać ego. Starają się podkreślać wagę swojej osoby w różnych dziedzinach życia. Także psychologia nastawiona jest na wzmacnianie ego."

Wpadłem dziś w internecie na świetną książkę i już sam jej opis natchnął mnie do napisania nowej notki.

Ego. Wytwór Twojej fantazji. Tej nieświadomej. Czy jesteś jego zakładnikiem? Kochasz by podbudować ego? Kochasz za coś? Jeśli Twoja odpowiedź brzmi "tak", oznacza to, że nie kochasz, a jedynie realizujesz potrzeby dla Twojego ego. Ego może być zawsze głodne. Możesz nigdy go nie nasycić. Ciągle coś będzie nie tak, będziesz chciał więcej, lepiej, itd.

Kochanie za wygląd, kochanie za cechę charakteru, kochanie za komplementy, kochanie za, za, za... To wszystko miłości egotyczne, będące zaprzeczeniem miłości rzeczywistej.

W pracy nad sobą dostrzegłem, że miłość to stan naturalny. Bezwarunkowa akceptacja rzeczywistości i niezmienialnych faktów jest miłością. Potrzeby nierzadko są źródłem cierpienia. Nie bez powodu Budda nawoływał do wyrzeczenia się potrzeb. Oznacza to życie tu i teraz. Tak po prostu.

Ego, ten Twór, któremu pozwalasz przejąć kontrolę nad swoim życiem, zniekształca rzeczywistość w Twoich oczach. Fałszuje ją. Nakłada filtry i ograniczające przekoania. Nie twierdzę, że ego jest zbędne. Wręcz przeciwnie - może się przydawać. Pod warunkiem, że to Ty kontrolujesz ego, a nie ego Ciebie.
Ego często komplikuje życie. Oczywiście tylko w egotycznych mózgach, bo życie jest zawsze takie samo.

Jestem zachwycony tym odkryciem, bo wyobrażając sobie jak wyglądałoby moje życie, gdybym miał wcześniej tę świadomość, jawią mi się piękne obrazy, które wywołują we mnie bardzo dobry nastrój (wywołuję ten nastrój w reakcji na obrazy, które sobie wyobrażam).

Mam w sobie niesamowity potencjał miłości, ciepła i zrozumienia dla każdego, kto chce tego doświadczyć. Nie zrozum mnie źle - nie oznacza to, że pokocham pierwszego lepszego chłopaka. Miłość ma wiele twarzy.
Nie mam wrogów. Nigdy nie miałem. Odpowiadam za siebie. Tyle mogę robić :-)

Książka, o której na początku napisałem to :
OSHO - "Księga ego"

wtorek, 5 kwietnia 2011

Fikcje umysłu

...czyli trochę o filtrach.

Wróciłem wczoraj do domu po pracy. Zacząłem gotować obiad, zajrzałem do lodówki... i poczułem się szczęśliwy. Popatrzyłem na margarynę stojącą na półce, a potem inne produkty. Zobaczyłem, że są. Że są w lodówce, a lodówka przede mną. W mieszkaniu. Mam dach nad głową. Pracę. Przyjaciół. Pomyślałem sobie: "jak dobrze, że mam to wszystko". To było prawdziwe. To była rzeczywistość. To, co poczułem, to doświadczanie chwili tu i teraz. Carpe diem. Tak. Właśnie o to chodziło Epikurowi. Jestem tego pewien. Serce rośnie, zieleni się. Tak wiosennie.

Czy kiedykolwiek poczułeś coś takiego? Wielu ludzi dąży do szczęścia. Pytanie brzmi: czym ono jest? Odpowiedz jest bardzo prosta: tym co masz tu i teraz.

Tymczasem Twój umysł potrafi Cię zrobić w konia. Być może robi to także teraz. Myślisz, że jak będziesz miał nową komórkę, fajne auto, lepszą pracę, zajebistego faceta, to będziesz szczęśliwy? Wiesz, górale znają trzy rodzaje prawd i to jest właśnie ta trzecia :-)
Nie wiem czy da się tego nauczyć. Ja to odkryłem i to jest absolutnie fantastyczne uczucie.
Dopóki myślisz o czymś innym - przyszłości, przeszłości - nie możesz być szczęśliwy.

Umysł ma to do siebie, że potwierdza Twoją wersję rzeczywistości, choćbyś nie wiem co sobie wymyślił. Jeżeli będziesz wierzyć, że geje to "przegięte cioty", wszystkich zniewieściałych facetów będziesz uważał za gejów i sam gej jako taki będzie Ci się kojarzył z "przegiętą ciotą". Umysł działa poprzez wcześniej zdefiniowany filtr.
Ostatnio kolega powiedział mi, że czerwone trampki są modne. Zdziwiłem się, bo jakoś nie zauważyłem tego. Nawet specjalnie zacząłem się przyglądać w czym ludzie chodzą. Pewnie gdybym też miał przekoananie, że czerwone trampki są modne, to widząc jedne czerwone trampki na dwadzieścia innych par butów, uznałbym, że są modne. Niczego takiego jednak nie mogłem stwierdzić. Widzisz to, co chcesz widzieć, w ten sposób utwierdzasz się, trwasz w swojej wersji rzeczywistości.
To dlatego wielu ludzi do końca życia wierzy w przeróżne stereotypy, ograniczające przekonania czy walczy z wyimaginowanymi wrogami (vide przywódca pewnej partii w Polsce). Umysł  tego człowieka kształtował się, gdy było realne zagrożenie. Gdy trzeba było walczyć. Dziś tego zagrożenia nie ma, a on walczy dalej. Dlatego, że wciąż widzi "szarą sieć". Wciąż patrzy poprzez filtry z przeszłości nie doświadczając życia tu i teraz.

Dlatego też zachęcam Cię byś zrzucił balast ograniczających przekonań, filtrów, zakwestionuj myśli, które sprawiają, że czujesz się źle i zacznij żyć tu i teraz. Zwracaj uwagę na fantastyczne szczegóły dookoła, a pewnego dnia poczujesz to, co ja wczoraj. Prawdziwe, wszechograniające szczęście.

Świat jest pełen uśmiechu. Jak mówi pewne genialne skądinąd hasło reklamowe: "radość jest zawsze pierwsza na mecie" :-)

piątek, 1 kwietnia 2011

Spójnym być

Poznałem kiedyś chłopaka, który mnie tak omotał, że wierzyłem w każde kłamstwo. Mimo, że intuicja podpowiadała mi, żebym weryfikował to co on mówi, nie robiłem tego. Do czasu. Pewnego dnia wyszło g.wno z powidła.
Przepłakałem całą noc, nie mogłem uwierzyć w ludzką podłość...

Jak to jest, że czasem tak trudno mu zaufać pomimo jasnych deklaracji z tej jego strony, że wszystko jest ok, chociaż w przypadku innej osoby wiesz, że nie miałbyś tego problemu?
Dlaczego coś ciągle nie daje Ci spokoju?
Mówisz mu o tym, a on się denerwuje...
Możesz to zwalić na sygnalizowanie mu braku zaufania. Czy jednak ktoś, komu nic  takiego nie chodzi po głowie, będzie się denerwował, czy może przytuli Cię i po raz n-ty zapewni, że wszystko jest w porządku?

Zrozumienie i akceptacja to fundament związku równorzędny z zaufaniem. Zaufanie można zbudować. Jeśli jest zrozumienie i akceptacja, a te z kolei mogą się pojawić, gdy jest zaufanie.
Jednak od czegoś trzeba wyjść najpierw.

Miałem też taki związek, z którego nie zapamiętałem żadnej kłótni. Półtora roku przy dużej różnicy wieku. Ktoś by powiedział, że relacje były idealne. Pewnego dnia gdy dowiedziałem się pewnej rzeczy z przeszłości od tego człowieka, przytuliłem go i powiedziałem, że nie ma to już znaczenia, bo zdarzyło się dawno. Widziałem, że mu ciężko. A mi było lekko. Byłem mu wdzięczny za empatię i szczerość. Sypnęło się, bo... nie było iskry, głębi, nazwij to jak chcesz, ale po dziś dzień jesteśmy przyjaciółmi (już nie - 18.04.2012).

Nasze umysły robią nam niesamowite, jak to określa DreamWalker, "haluny" - matrix, z którego warto się wyrwać.
Zatem jak to jest w końcu, że raz Ci się udaje ufać, a innym razem nie?
Jest coś takiego jak spójność wewnętrzna. Będąc spójnym - gdy umysł pozostaje w zgodzie z sercem, gdy jesteś pewien swoich myśli, gdy wiesz czego chcesz - wysyłasz podświadomie sygnały "jestem godny zaufania". Druga osoba również podświadomie czuje, że wszystko gra.
Gdy jednak spójności brak i pojawiają się (albo uaktywniają stare, wygaszone kiedyś) konflikty wewnętrzne, gdy nie wiesz czego chcesz i sam ze sobą toczysz w umyśle wojny, wysyłasz tyle sprzecznych sygnałów, że prędzej czy później doprowadzi to do destrukcji związku.
Po ostatnim rozpadzie związku czułem się jak dramatycznie źle. I wiesz co? Zacząłem wtedy robić wszystko to, czego wcześniej się bałem i co budziło mój lęk. Tak pokonałem część swoich demonów, choć pewnie nie wszystkie. I nawet nie uzależniłem się od papierosów pomimo tego, że na poziomie świadomym chyba trochę chciałem (jakkolwiek dziwnie to może brzmieć) :-)
Wracając do rzeczy, właśnie te sprzeczne podświadome sygnały wywołują wątpliwości, obawy i lęki, które racjonalizujesz i na poziomie świadomym upatrujesz przyczyn gdzie indziej. Walczysz z drugą osobą widząc w niej siebie samego (projekcja).

Dlatego zachęcam Cię, drogi Internauto, żyj w zgodzie ze sobą :-)

"Jeśli umysł jest piękny, wszystko jest piękne" - Byron Katie.

czwartek, 31 marca 2011

Szklanka się stłukła...

...czyli jak przerzucamy odpowiedzialność na otoczenie.

Język, którym się posługujemy, jest wspaniałym narzędziem. I jak każde narzędzie, może być wykorzystany w tzw. dobrej i tzw. złej sprawie. To jak mówimy, jakich używamy zwrotów, ma wielki wpływ na to jak postrzegamy rzeczywistość. Pozostaje to poza naszą świadomością i w istotny sposób przekłada się na jakość naszego życia.

Ostatnio zauważyłem, że mentalność Polaka stawia go w centrum: "ja_najważniejszy-ja_najmądrzejszy". Każdy chce pierwszy wejść do autobusu, najlepiej zanim ktokolwiek inny wysiądzie. I gotów jest w tym celu staranować bliźniego swego. Każdemu się spieszy i każdy chce być szybko obsłużony w punktach usługowych. Są to oczywiście generalizacje, ale tak po prostu łatwiej mi się pisze. Bardziej obrazowo.

Ile razy zdarzyło Ci się powiedzieć:

- uciekł mi autobus,
- szklanka się stłukła,
- książka mi wypadła?

O ileż łatwiej przyjąć rzeczywistość, gdy nie jesteś za nią odpowiedzialny, prawda? I tak właśnie ludzie chcą się czuć. Stąd używając odpowiednich zwrotów przerzucają odpowiedzialność za złe wydarzenia w ich życiu na okoliczne przedmioty, rodzinę, złą pogodę, cyklistów i masonów.

Gdy ostatnio żaliłem się przyjacielowi przez telefon na dość trudną sprawę, w pewnym momencie powiedziałem: "przepraszam, że wciąż o tym mówię, ale to jest dla mnie bardzo trudne, głupio mi, że cię tym obarczam". W odpowiedzi usłyszałem:  "nie jesteś w stanie mnie niczym obarczyć. Tylko ja sam mogę to zrobić". I tu przechodzimy do sedna, czyli odpowiedzialności za emocje.
Poczułem się wtedy wyjątkowo dobrze z myślą, że każdy odpowiada za siebie. Ja tylko przekazuję pewne informacje, które Ty interpretujesz. Tworzysz sobie w głowie obraz i nań reagujesz. Założeniem tego bloga jest zachęcanie Ciebie do refleksji. Możesz jednak uznać, że Cię tym blogiem denerwuję (ja?). Wybór należy do Ciebie.

Czy uważasz, że jest na świecie ktoś, kto Cię rozwesela, kto Cię drażni albo nawet wnerwia? Przypuszczam, że Twoja odpowiedź może brzmieć "tak". I tu moja uwaga: prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć "nie, to ja sam się rozweselam albo denerwuję w reakcji na czyjeś zachowanie". Czy ktokolwiek ze znanych Ci ludzi ma władzę nad Twoimi emocjami? Robi pstryk i wywołuje w Tobie dane uczucie? Czy chciałbyś komuś oddać władzę nad swoimi emocjami? Nie? Zatem dlaczego to robisz?

Jeśli ulicą idzie gość z torebką, a Ty strasznie nie znosisz "ciot". Reagujesz złością. On Cię zdenerwował? W jaki sposób? Swoim istnieniem? A jakby to było gdybyś pomyślał, że sam się zdenerwowałeś? Poczułbyś się pewnie źle. No bo jak to... "ja sam siebie denerwuję?" Właśnie tak!
 W tym momencie przejmujesz odpowiedzialność za to co poczułeś. To Ty decydujesz jak zareagujesz. Oczywiście zmiana wieloletnich przyzwyczajeń nie jest łatwa, gdy masz wyuczoną stałą reakcję i pewnie nie nastąpi z dnia na dzień, chyba że (jak to było w moim przypadku) pod wpływem wyjątkowo silnych emocji. Jeśli jednak coś jest trudne, to znaczy, że jest możliwe!

I na koniec mały przykładzik: zakochałeś się. Piszesz trzysta milionów smsów, a on nic... i co teraz myślisz? Olewa Cię? Nie jesteś dość interesujący?
Pierwsza myśl odwołuje się do braku zaufania, druga do niskiego poczucia własnej wartości.
A przyszło Ci do głowy, że może się rozchorował? Miał wypadek, źle się czuł, albo ukradziono mu telefon lub zwyczajnie miał wyciszony telefon i nie słyszał, że dostał wiadomości?
Potencjalnych powodów jest dużo, jeśli wyobrażasz sobie te najgorsze możliwości, a potem robisz mu awanturę, bo jesteś przekonany, że obraz w Twojej głowie jest słuszny i nie zapytałeś nawet czemu tak się działo, popełniasz błąd. Pamiętaj, że mapa nie jest terenem. Co to znaczy? Wyobraź sobie, że kierujesz się mapą przekonań, które są niezgodne z rzeczywistością. Do czego Cię to doprowadzi? A dokąd płynie statek obierając kurs według niewłaściwej mapy?

poniedziałek, 28 marca 2011

Projekcje

Idziesz wesoły ulicą. Nic nie jest w stanie zakłócić Twojego nastroju. Pada deszcz, a Ty masz ochotę tańczyć w kałużach. Jesteś tak szczęśliwy, że nawet odrapana rudera Ci się podoba. Wszędzie dostrzegasz kogoś uśmiechniętego. Świat szaleje, wiwatuje na Twoją cześć. Życie jest piękne.

Idziesz przygnębiony ulicą. Nic nie jest w stanie Cię pocieszyć. Świeci słońce, a mimo to nie masz ochoty na spacery. Jesteś tak smutny, że nawet przepiękna willa wydaje Ci się ohydna. Wszędzie są smutni ludzie. Świat jest szary i brzydki. Nikt Cię tu nie chce. Życie jest nic nie warte.


Tak. Dziś o projekcjach.

Z projekcją mamy do czynienia, gdy innym ludziom przypisujemy własne emocje i myśli. Ostatnio pewien człowiek mówi mi: popieram Korwina Mikke, a ja mówię, że jestem mu przeciwny. Spytał mnie... czego się boję. Pomyślałem: skąd ten pomysł? Ten człowiek właśnie dokonał projekcji. Myśl o strachu przed  czymś pojawiła się w jego głowie, a nie mojej. W życiu nie pomyślałbym, że moje preferencje polityczne wynikają ze strachu, ponieważ dokonuję wyborów sposób pozytywny.

Projekcja jest nieświadoma. Słyszałeś kiedyś o tzw. "freudowskich przejęzyczeniach", kiedy mówisz co innego, niż to co chciałeś powiedzieć? To właśnie coś w tym stylu. Większośc ludzi nie ma pojęcia, że zupełnie nieświadomie przekazują o sobie wiele informacji.

Pamiętaj, że żeby odwrócić od siebie uwagę, złodziej krzyczy "łapać złodzieja!". Tak działa projekcja.

Piszę nieraz artykuły na pewien portal dziennikarski. Pewnego dnia pod jednym z nich dostałem komentarz:

"pisz w swoim imieniu a nie podszywasz się pod cały naród. Cały naród ma się dobrze".
Mój przyjaciel widząc to, skomentował tę wypowiedź tak:
"autor komentarza pisze: >>pisz w swoim imieniu a nie podszywasz się pod cały naród.<< a potem mówi w imieniu całego narodu: >>Cały naród ma się dobrze<<. Słyszałem kiedyś dobrą radę: >>Pisz w swoim
imieniu a nie podszywasz się pod cały naród.<<"

W taki właśnie sposób potrafimy widzieć u innych kij pod lasem, a nie belkę we własnym oku.
Oceniamy, potępiamy i denerwujemy się na to u innych, czego u siebie nie znosimy. Podobno nie akceptujący się geje idą na księży albo do skrajnie prawicowych ugrupowań walczyć z innymi gejami. A tak naprawdę walczą ze sobą. W ten sposób można poznać konflikt wewnętrzny (również dobry temat na posta). Jeśli nie lubisz się smucić, będą Cię denerwowali smutni ludzie, bo przypominają Ci o własnej wadzie.

Co więcej, wspomnę o takiej ciekawostce, że sprzeciw i atak wzmacnia to, przeciw czemu się buntujesz. Pamiętasz jak brutalnie został rozpędzony marsz homoseksualistów w Poznaniu, gdy PiS był u władzy? Pamiętasz co wtedy się stało? Odbyły się marsze w całej Polsce, które wspierali ludzie, często do tej pory obojętni w tych sprawach.
Więc jeśli chcesz jakąś postawę wzmocnić - sprzeciwiaj się jej. Jest to niezwykle skuteczne.
Akceptacja, szacunek, rozmowa i co najważniejsze, spójność wewnętrzna, to magiczny eliksir otwierający wiele zamkniętych drzwi.

niedziela, 27 marca 2011

O przekonaniach

Zmiany zachodzą cały czas czy tego chcesz czy nie. Świadomość tego jest podstawą.

To jak żyjesz i postępujesz, wynika z Twoich przekonań. Na pierwszy rzut oka to co napiszę, może Ci się wydać absurdalne, ponieważ prawdopodobnie myślisz w inny sposób. Jeszcze.

Idziesz do sklepu, bo masz przekonanie, że coś tam kupisz. Jeśli jesteś katolikiem, W niedzielę dreptasz do kościoła wierząc, że tak trzeba i licząc na wieczne zbawienie. Wiążesz się z kimś, bo jesteś przekonany, że warto. Rozchodzisz się z kimś, bo myślisz, że związku nie da się naprawić. A teraz odwróć sytuację. Spisz takie rzeczy na kartce i zakwestionuj je. np.:

jestem mądry - jestem głupi
Kaczyński się myli - Kaczyński ma rację
te spodnie są brzydkie - te spodnie są fajne

Teraz znajdź dowody na odwrócone myśli. Okaże się, że jesteś głupi, bo kiedyś zrobiłeś coś tak i tak, że w słowach Kaczyńskiego znajduje się ziarno prawdy, a nawet te okropne spodnie mają jakieś ciekawe szczegóły. Tak naprawdę nie jesteś ani mądry, ani głupi. Raczej zachowujesz się mądrze albo głupio, itd.
Jak się czujesz myśląc w ten sposób? Nie zdziwiłbym się gdybyś poczuł np. złość. To normalne. Twój umysł broni się przed zmianą modelu postrzegania rzeczywistości. Czuje się zagrożony, ponieważ z przyjętymi już przekonaniami się utożsamia. Stop! Nie jesteś swoimi przekonaniami.

Zakwestionować można każde przekonanie. Pytanie: po co? No właśnie...

Wyobraź sobie, że umówiłeś się z kimś i ten ktoś mocno spóźnił się na spotkanie. Jesteś zdenerwowany. Czy czujesz się z tym uczuciem dobrze? Złość - to pierwotna, barbarzyńska reakcja, która odbiera nam szansę na trzeźwą ocenę sytuacji. Wynika z podświadomego przekonania (a jakże), że uda się kogoś wystraszyć, zmusić do innego zachowania. Fajnie by było, prawda? Zmuś go do tego, by się zmienił i przychodził punktualnie. A co jeśli jednak nie przychodzi? Łatwiej zmienić kogoś czy siebie?

Jeśli interesujesz się polityką, być może pamiętasz hasło z czasów, gdy Wojciech Olejniczak został szefem SLD: "zmieniając siebie, zmieniamy Polskę". Sens takiej myśli jest głębszy. Zmieniając siebie, zmieniasz innych - tak w wielkim skrócie. Jeśli nagle zaczniesz na pewne rzeczy reagować inaczej, inni też będą musieli zmienić swoje zachowanie względem Ciebie, bo ich reakcje będą już nieadekwatne do Twojej postawy. Krótko mówiąc - wyuczone reakcje mogą nie działać.

Wrócmy do spóźniania się. Nie akceptujesz tego, że ktoś się spóźnia, a zatem nie akceptujesz rzeczywistości takiej jaka ona jest. To jest TWÓJ główny problem. Denerwujesz się, ponieważ sądzisz, że nie powinien się spóźniać. Czy to przekonanie jest zgodne z rzeczywistością? Nie? Odkryłeś sedno. Cierpisz z powodu swojego przekoania. Wyluzuj. Pozwól mu się spóźniać. Będziesz się z tym godził i czuł się dobrze.

Zakwestionuj zatem przekonanie. Pomyśl - on powinien się spóźniać? Dlaczego? Dlatego, że tak jest.

Oczywiście nie każe przekonanie warto kwestionować. Niektóre, choćby te podstawowe, np.: "jeśli włoże rękę do ogniska to mogę ją poparzyć", są nam niezbędne. Są jednak i takie, w które wierząc, skazujesz się na cierpienie.

A zatem, krótko podsumowując... pomyśl teraz o rzeczy, która Cię najbardziej dręczy. Znajdź powód złego samopoczucia i poddaj swoje myśli w wątpliwość. Zadawaj sobie wciąż pytanie: czy ta myśl jest korzystna dla mojego życia? :-)
Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. - Aureliusz Augustyn z Hippony