niedziela, 19 sierpnia 2012

Podróże wakacyjne nieduże

Dziś wróciłem do Wrocławia. Przedstawiam Wam dziennik mojej krótkiej podróży po Wybrzeżu. Plan był iść od Kołobrzegu do Władysławowa. Skończyło się... no właśnie, na czym?
Po drodze przyszło mierzyć się ze swoim własnym ja, z własnym wnętrzem.
A jednak wyjazd był udany, co więcej - to były chyba moje najlepsze wakacje, ale do rzeczy...






Kołobrzeg 14.08 2012

DZIEŃ 1.
Dzień dobry, morze

Po długiej, bo aż jedenastogodzinnej jeździe pociągiem, wysiadłem na stacji w Kołobrzegu.
Kilka osób trzymało tabliczki "wolne pokoje", więc spytałem. "Na jedną osobę to nie, a już na pewno nie na jedną dobę" - usłyszałem. Nie to nie. Poszedłem zatem do Rynku, którego Kołobrzeg prawie nie ma. Mój zachwyt wzbudził neogotycki ratusz. Po kolorze cegieł widać, że częściowo odbudowany.
Niewielką ilość stylowej pruskiej zabudowy szpeciły bloki pomalowane brzydko lub wcale. Porozrzucano je po mieście jak okruchy na stole, albo wysypane z pudełka klocki. Architektura i sposób zabudowy miasta jest totalnie chaotyczny, bez ładu i składu. Kilka nowoczesnych budynków, dopełnia urbanizacyjny chaos.

W informacji turystycznej dostałem mapy. W tym momencie pożałowałem, że rower został we Wrocławiu. Jest tutaj szlak rowerowy przy wybrzeżu ciągnący się od Szwecji, aż do Finlandii.
Znalazłem pole namiotowe, rozbiłem namiot, a następnie poszedłem na plażę. Ludzi było mało. Zimny wiatr utrudniał opalanie się. Kupiłem kilka pamiątek.

Ciekawe doświadczenie. Bez komputera, bez znajomych. Sam na sam z własnymi myślami. Tak, była emocjonalna jazda bez trzymanki. Coś mnie wprost rozdzierało od środka.
Przetrwałem.

Sfotografowałem zachód Słońca i poszedłem ponownie na miasto. O zmroku wróciłem na pole namiotowe.




W tej małej mieścinie nie było nawet gdzie pójść na imprezę, o gejowskiej nie wspominając. Szkoda, bo wyjątkowo miałem ochotę się pobawić tego dnia.

Początkowy plan zakładał wejście na nadmorski szlak turystyczny. Stanęło to jednak pod dużym znakiem zapytania. Ostatecznie, z uwagi na prognozowane temperatury (dzień 21 st., noc 11) uznałem, że zostanę tu jeszcze jeden dzień, następnie pojadę do Szczecina i stamtąd wrócę do Wrocławia tak, żeby na miejscu być już w piątek rano. Byłem nieco przygnębiony i miałem pełną świadomość, że decyzja może się zmienić, dlatego odłożyłem ją na następny dzień.


Gąski 15.08.2012

DZIEŃ 2.
A droga wiedzie w przód i w przód...

A jednak wyruszyłem na szlak. Gdy dojrzałem do tej decyzji, było już dość późno, dlatego wędrówkę zacząłem o godz. 13:00. Pod wieczór dotarłem do Gąsek. Droga wiodła często asfaltem, wobec czego dużą jej część pokonałem plażą. Po drodze minąłem Sianożęty, następnie Ustronie Morskie, gdzie zabawiłem w lunaparku. Potem obiad w jakiejś knajpie i w drogę! Chciałem dotrzeć do Mielna, a w mniej ambitnym wariancie do Sarbinowa. Ale i to się nie udało. Zatrzymałem się w Gąskach, w ośrodku Alfa-Klif. Rozbiłem namiot 20m od plaży. Leżąc już usłyszałem gromadkę dzieciaków: "Ale mały namiot! Ciekawe kto się tam zmieści!"

Zapadła noc, więc poszedłem zobaczyć jak wtedy wygląda morze. Ten widok zapamiętam na długo. Ogrom wody, wielkie, wielkie niebo. Zlewające się w całość. Cicho. Ciemno. Tylko szum fal... Wtedy dopiero wiesz, jak malutkim, nieznaczącym dla świata życiem jesteś.

Wróciłem do namiotu ściskając w kieszeni kartę chipową. Prysznic był bowiem limitowany. Chipowa karta pre-paid bez tego się nie wykąpałeś, a jedna minuta pod prysznicem kosztowała... 1zł.

Przed rozbiciem namiotu, byłem jeszcze na latarni morskiej mierzącej 51,5m. Widok był rewelacyjny, a wstęp kosztował tylko 5zł.



Łazy 16.08.2012

DZIEŃ 3.
Gąski, gąski do domu!

Gąski pożegnałem dopiero o 11:00. Wcześniej niestety padał deszcz i przeczekałem ten czas w namiocie. To już druga noc, w czasie której było mi zimno mimo spania w pełnym ubraniu i śpiworze. Zbaczałem często ze szlaku urozmaicając sobie drogę. Szedłem raz lasem, raz plażą, a czasem asfaltową drogą. Po drodze widziałem porozwieszane w domach, na oknach, transparenty "ATOM STOP", ale Matka Boska Atomowa? Na drewnianej belce, na skrzyżowaniu stała figurka MB, a pod nią pionowy napis "chroń od atomu".

Minąłem Sarbinowo, w Mielnie był kolejny lunapark, ale tu już nie wchodziłem. Było ciepło, ale pochmurno, a Słońce nie przebiło się aż do wieczora.

W Mielnie pojawiły się już pierwsze oznaki zmęczenia, plecak uwierał mnie w ramiona. Dało też o sobie znać przygnębienie.
Tego dnia siadłem na plaży, rozłożyłem mapy, spojrzałem... Nie dotrę do Władysławowa. Ba... nie dotrę pewnie nawet do Łeby. Mam za mało czasu. Dlatego do głowy przysła mi zmiana planów... Chciałbym zobaczyć Gdańsk! Pojawiające się odczucia spotęgowała znaleziona odpowiedź na pytanie: "dlaczego akurat Władysławowo?". Może to i lepiej, że tam nie dotrę.

O godz. 18:00 byłem w Łazach. Miałem jeszcze 2 godziny. Chciałem iść przed siebie nie zakładając nawet, że dotrę do jakiejś cywilizacji przed nocą. Liczyłem się z możliwą koniecznością rozbicia namiotu "na dziko".

Coś mnie jednak powstrzymało...
Bardzo przyjemna knajpka z karaoke. Wypiłem pół piwa i zacząłem od piosenki "I just called". Dosiadłem się do trzech chłopaków i dwóch dziewczyn. Dziewczyny nie śpiewały, za to reszta towarzystwa owszem i w dodatku zanim zamówili jakikolwiek alkohol. Ten wieczór był długi. Solo, w duetach na wszystkie sposoby, śpiewaliśmy co chwila inną piosenkę.

Przyszły "karki". Pojawił się pomysł, żeby pójść na ognisko. Ja w międzyczasie szybko znalazłem pole namiotowe. Wraz z rozbiciem namiotu i powrotem do towarzystwa, zajęło mi to tylko pół godziny.
Przyszła ciocia jednej z dziewczyn i postawiła wszystkim piwo. DOłączyli też rodzice drugiej dziewczyny i w komplecie dziewięciu osób siedzieliśmy już do końca.
Po udanej imprezie, poszliśmy wszyscy na plażę, puściliśmy lampiony. Siedliśmy i rozmawialiśmy... w końcu odpłynąłem. Obudzili mnie nazywając Ramzesem. Nie wiem skąd wzięła się ta ksywka, ale już się przyjęła. Odprowadziliśmy dziewczyny, potem oni mnie.

Ciekawostka: piwo było o połowę tańsze niż we Wrocławiu. Lane 4,5zł, butelkowe 3zł.

Łazy 17.08.2012

DZIEŃ 4.
Canto cantare!

Obudziłem się wcześnie. Namiot przemienił się w nieznośną saunę. Już od samego rana pogoda była rewelacyjna. Leniwie poszedłem się umyć. Po 12:00 poszedłem na plażę posmażyć się w Słońcu. Jak się później okazało, usmażyłem się dosłownie, bo zasnąłem na plaży. Było mi tak dobrze, że nawet nie wiem kiedy to się stało.
Woda w Bałtyku była przyjemnie ciepła.
O ok. 16:30 poszedłem do ośrodka. Spłukałem z siebie piasek pod prysznicem. W najbliższym barze zjadłem obiad i poszedłem... na karaoke.

Co tam się działo, trudno to opisać. Było super! Wygraliśmy metr piwa w konkursie na najlepiej bawiący się stolik. Co więcej, rozbujaliśmy imprezę i zrobiło się bardzo ciasno.
Piosenka "Idę na plażę" już zawsze będzie mi się kojarzyć z wakacjami 2012.

Na koniec wszyscy głośno zaśpiewali "Oj tam, oj tam (zawsze coś)". Część z nas poszła w nne miejsce, gdy ta impreza dobiegła końca. Porozmawiałem jeszcze z chłopakami i przyszedł czas żeby się pożegnać - oni na następny dzień i tak już wracali. Mam ich numery. Mam nadzieję, że kontakt się utrzyma, bo takich ludzi - ze świecą szukać.

Koszalin 19-08-2012

Dzień 5.
Koszalin, czyli ścieranie absurdu




Mając jeszcze dwa dni wolne, przyjechałem do Koszalina, skąd plan był ruszyć do Gdańska. Jak się jednak okazało, Koszalin to komunikacyjna tragedia. Jeden autobus do Gdańska w środku dnia, kilka pociągów z trzema lub czterema przesiadkami (bezpośrednich brak), do Wrocławia zaś jeden autobus o 19:30 i trzy pociągi - jeden w nocy, a dwa z samego rana.
Oznaczało to ni mniej, ni więcej, że albo będę musiał nocować w Gdańsku, co mi się nie uśmiechało, albo zwiedzę Koszalin i wieczorem ruszę do Wrocławia.
Wybrałem tę drugą opcję uznając, że przyjadę innym razem do Gdańska.
Mam bardzo mieszane uczucia po wizycie w tym dziwnym mieście, gdzie w galerii handlowej nie ma sklepów odzieżowych i klientów, dworce są obskurne, a pracownicy niemili. Pani dyżurna ruchu na PKS grała w pasjansa na komputerze i nawet nie chciało jej się wysilić, żeby na mnie popatrzeć jak zadawałem pytanie, a ton miała taki, jakbym jej przeszkadzał w grze.
W mieście tym znalazłem kilka wartych obejrzenia obiektów - budynki poczty, straży pożarnej, amfiteatr, nowo wybudowana filharmonia (te dwa ostatnie w pięknym i dużym Parku Książąt Pomorskich), oraz przypominający nieco wrocławski urząd wojewódzki (choć dużo skromniejszy) budynek sądu okręgowego. Nie polecam ratusza - socrealistyczny koszmarek przypominający szkołę podstawową z czymś co miało być chyba wieżą.
Ogółem - miasto bardziej dla szukających spokoju emerytów niż dla ludzi młodych.




Po tej wyprawie wsiadłem w autobus do Poznania (był szybciej niż ten do Wrocławia). W Poznaniu zachwycił mnie nowy dworzec PKP. Nowoczesny, dobrze przemyślany, świetny projekt. W Poznaniu uderzyła mnie też wielkomiejska przestrzeń i szerokie ulice - coś, co bardzo podobało mi się niegdyś w Warszawie. Oprócz tego, gęsta sieć ścieżek rowerowych wokół dworca, a pod tym względem Wrocław niestety mocno kuleje.
Nie obyło się bez zgrzytu. Czekałem na "autobus komunikacji zastępczej". Pani w kasie nie umiała powiedzieć skąd on odjeżdża, więc musiałem po prostu obserwować wielki plac przed poznańskim PKP.
Gdy już przyjechał, konduktor (absurd na PKP - jedzie autobus, w nim 10 osób, ale konduktor musi być... jakby nie mógł biletów sprawdzić kierowca) powiedział, że na peronie V stoi pociąg do Wrocławia i on będzie szybciej, a komunikacja zastępcza to przede wszystkim do Leszna i Rawicza. Kilka osób z bagażami udało się na peron V, gdzie czekał pociąg do... Gdyni (sic!). Wściekły wyrzuciłem z siebie głośne "KURWA!" i pobiegłem do autobusu (do odjazdu była minuta). Konduktorowi powiedziałem, co myślę, po czym dodałem: "panie, pan jedzie do Wrocławia, mam bilet do Wrocławia i chcę jechać do Wrocławia - proste, wsiadam!
Powiedziałem, że wracają się pozostali i żeby poczekał. Szkoda, że nie gwizdał do odjazdu. Po tym absurdzie, przysypiając dotarłem już spokojnie do Wrocławia o 2:30 w nocy z soboty na niedzielę.


Na tym się skończyła ta nieplanowana wyprawa. Najlepiej było w Łazach. I chociaż tak krótko, to zdążyłem się już przyzwyczaić do wypoczynkowej atmosfery, uśmiechających się do siebie ludzi i odzwyczaić od codziennych obowiązków. Uwzględniając wygrane piwo i dwie imprezy karaoke, mogę uznać, że wakacje pod hasłem "canto cantare" udały się w stu procentach :-)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. - Aureliusz Augustyn z Hippony