Chcę mieć elektroniczny pamiętnik. Nie zamierzam jednak rezygnować z mniej osobistych wpisów. Dlatego też nadchodzi, albo już nadszedł koniec tego bloga.
W jego miejsce powstaną dwa inne - mój prywatny pamiętnik i drugi, na który przeniosę stąd najczęściej czytane ogólne posty dotyczące ludzkich zachowań i emocji.
Nie wszyscy powinni wiedzieć, co leży mi na sercu, dlatego nie zostawię tu adresu do tego prywatnego miejsca. Zostawię link do tego drugiego, który nie będzie zawierał treści osobistych. Po jakimś czasie dostęp tu zostanie zablokowany.
Przez prawie cztery lata publikowania w tym miejscu nie potrafiłem się zdecydować, jaki charakter ma to miejsce mieć. Z jednej strony chciałem się podzielić prywatnymi emocjami z anonimowym tłumem, jednak z tyłu głowy ciągle miałem myśl, kto może to przeczytać. Rozdzielając funkcje tego bloga na dwa inne miejsca, w pewien sposób uporządkuję sytuację i poczuję się bardziej komfortowo. W ten symboliczny sposób rozstaję się też ze swoją przeszłością, która była czynnikiem sprawczym powstania niniejszego bloga.
Dlatego już teraz dziękuję tym wszystkim, którzy tu zaglądali i/lub zaglądają.
I jednocześnie wyrażam żal, że Pablo da Vinci zlikwidował dawno temu swój blog. Fajnie było poczytać Twoje teksty!
Zastanawiam się ostatnio, czy ten blog powinien być moim pamiętnikiem,
poradnikiem, notatnikiem… a może czymś jeszcze innym?
Pamiętam, że założyłem go już dość dawno. Chciałem bowiem zrozumieć (i nabywaną
wiedzą dzielić się), jak to jest, że ludzie się kłócą, że rozchodzą się ich
drogi. Dziś znam częściowo odpowiedź, choć wciąż ten temat mnie zadziwia.
Po drodze popełniłem wiele osobistych wpisów, później je usuwałem… Może właśnie
dlatego, że nie sposób było, roztrząsając własny przykład, powstrzymać się od
negatywnych stanów emocjonalnych.
Dziś nie wiem, czy ten blog jest mi potrzebny, a jeśli tak, to po co.
Ostatni rok narobił sporo zamieszania.
Zerkając na ostatni wpis (już ukryty – był bowiem potrzebą chwili), myślę, że
jednak mam z czego być dumny. Poradziłem sobie z milionem trudnych sytuacji, przetrwałem
fatalny moment w życiu, wytrzymałem psychicznie w ostatniej pracy (a było to
nie lada wyzwanie), przejechałem rowerem całe polskie wybrzeże w sześć dni, poznałem
fajnych ludzi w kilku polskich miastach, odważyłem się na wielką zmianę i studiuję
w całkiem niezłej uczelni kierunek, o którym kiedyś bym w ogóle nie pomyślał.
Za około 3 lata, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będę miał nadrobiony
kawał życia, choć i wysiłek trzeba w to włożyć spory. Tak czy owak, jest
szansa.
Warszawa nie jest miastem moich marzeń – jednak. Wrocław to piękne miasto,
alewrócić do niego będzie porażką. Zresztą
Wrocław mógłbym uznać za osobisty symbol porażki. Gdzie zatem mnie zaniesie?
Gdzie jest/będzie mój dom? Nie ma. Albo jest tu i teraz. Dom jest właśnie tu,
gdzie teraz jestem – wszędzie. A skoro jest wszędzie, to wszędzie i w każdej
chwili mogę pojechać – fajne.
Dziś nie zajmują mnie już tak kwestie, które spowodowały pojawienie się bloga.
Dziś zastanawiam się raczej nad innymi sprawami.
Brak mi w tym wszystkim tylko uśmiechu od ucha do ucha, takiego jak kiedyś. Ale
i on w końcu się pojawi.
Kilka lat temu dostałem od DreamWalkera kartkę z "przekonaniami ludzi sukcesu". Nie zerkałem na nią nadzwyczaj często, jednak przez pewien czas wisiała w moim pokoju, na ścianie. Gdy przyszedł kryzys życiowy, schowałem ją starannie i przez około trzy lata zapomniałem o jej istnieniu. Znalazłem ją przypadkiem podczas porządków, w momencie, gdy najlepsza jak do tej pory praca przemieniała się w bagno, z którego chciałem się wydostać. Na monitorze przykleiłem sobie kartkę z jednym z owych przekonań: "Jeśli coś nie działa, robię coś innego". Nasz nowy dyrektor zarechotał widząc kartkę i powiedział: "to może zastosujemy taką zasadę - jak firma nie ma pieniędzy, to nie płaci?". Na te słowa podałem mu kartkę ze wszystkimi przekonaniami i powiedziałem: "na pewno znajdziesz tutaj coś także dla siebie". Zmył się, a po paru dniach kartka leżała z powrotem na moim biurku. Temat już nie wrócił.
Tamta sytuacja była wstępem do zmian, które nastąpiły, które przyniosły jeszcze większą stabilizację. Niestety, czuję, że z Wrocławia dawno już uleciał duch, który mnie tu trzymał. W nowej pracy nie mogę znieść przełożonej, z którą już na dzień dobry miałem spięcie, od pół roku nie jestem w stanie się w tym miejscu zaaklimatyzować. Ostatni raz, gdy z własnej woli odszedłem z pracy nie mając niczego na oku, był siedem lat temu. Dziś przede mną coś więcej. Radykalna zmiana, ale przecież zmiana jest jedyną stałą w życiu. Dziś jestem jednak na zmiany przygotowany. Na serio przygotowany, pierwszy raz w życiu. Mimo to, jest pewien strach, który czai się w mojej głowie, podszyty w jakimś stopniu samotnością. Niemniej, odwaga to działania pomimo strachu, a nie jego brak. Zmiany następują stale, a te większe następują za naszą sprawą, albo niezależnie od naszej woli. Zdecydowanie wolę ten pierwszy wariant.
Lada chwila stuknie mi trzydziestka. Przez ostatnie niemal cztery lata przemyślałem błędy przeszłości na wszystkie sposoby. Głowa aż mi pęka od refleksji. Czas zacząć na nowo, w pełni świadomie, rozumnie, jeszcze nie w starym wieku, ale już z pewnym bagażem doświadczeń. To dobry moment. Lepszego nie będzie. I zmiany będą trwały tak długo, aż odnajdę swoje miejsce. Tu, czy gdziekolwiek indziej w Europie; tak długo, aż pomyślę, że właśnie trwa najlepszy moment w moim życiu.
Dwa inne przekonania ze wspomnianej kartki:
"Moje marzenia traktuję jak plany",
"Jestem wolny i niezależny od kogokolwiek".
Być może pewnego dnia wrócę do Wrocławia, może nawet chciałbym, ale na pewno nie sam. Nie wolno żyć samemu w mieście pełnym wspomnień.
Jestem dzieckiem szczęścia. Zawsze mi się wszystko udawało, a to, co nie wychodziło, nie wychodziło, bo nie chciałem, żeby wyszło. Bardzo dobrze i bez problemu się uczyłem. Miałem wielu przyjaciół, którzy mi pomagali w trudniejszych momentach. Miałem pełną i szczęśliwą rodzinę. Każdy związek, który był, kończył się dlatego, że razem ustaliliśmy jego koniec - bez emocji i z wzajemnym szacunkiem. I każdy był świetny. Złych chwil nie było, może kilka, ale niezauważalne. Cieszyliśmy się tym, co mieliśmy, bo przecież ze wszystkiego można wyciągnąć naukę, która zostanie wykorzystana do stworzenia lepszej spoiny.
Stan, w którym jestem obecnie, jest taki dlatego, że tak chciałem...
Zastanawiałeś się, jak piękne mogłoby być życie, gdybyśmy mogli zaprojektować swoje własne wspomnienia? Wymazać wszystko, co przeszkadza, zapomnieć o każdej traumie, która przychodząc na myśl przyprawia Cię o dreszcze... Ach, jak by się chciało żyć! Z niezmazywalnym bananem na twarzy wysyłałbyś do otoczenia tylko pozytywne sygnały. Tak bardzo bym chciał.
Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było? Na ile warto by było poświęcić pewne doświadczenia, stając się w jakimś stopniu naiwnym, żeby mieć przekonanie o wspaniałym życiu, żeby stać się optymistą pełną gębą?
A teraz chciałbym podziękować każdemu, za każdą pozytywną chwilę, jaka kiedykolwiek się zdarzyła, za każdą sytuację, z której mogłem wyciągnąć jakąś naukę. Także tym, z którymi nie miałem możliwości odbyć ostatniej rozmowy... choćby po to żeby podziękować. Dziękuję Ci.
Dziś przypomniał mi się blog. Znalazłem go... ten z najmroczniejszejgo etapu w moim życiu. Czytałem, w skupieniu przypominając sobie emocje, które wówczas mi towarzyszyły. Dziś jest lepiej, nieporównywalnie, choć echa tamtych emocji wciąż we mnie trwają i, być może, trwać będą już zawsze. Przybierałem w życiu różne maski, ale nigdy nie wyzbyłem się, choć wielokrotnie próbowałem i dziś bardzo bym tego pragnął, naiwnego przekonania, wiary, że w każdym człowieku jest dobro, że z każdym człowiekiem da się porozumieć, jeśli tylko ma się klucz do jego podświadomości. Kiepsko żyje się mając przekonania nie przystające do rzeczywistości. Wychowałem się na bajkach, w których wszyscy są dla siebie dobrzy, a nawet, jeśli nie, to dobro (jakkolwiek definiowane) zawsze zwycięża. Bezlitośnie nakarmiono mnie milionami wymyślonych happy end'ów. W tym przekonaniu czuję się dość samotny, a samotność to trochę jak długie, powolne umieranie.
Nie mam wokół siebie autorytetów, ludzi starszych, którzy coś w życiu osiągnęli, których mógłbym się poradzić, którzy mogliby wskazać jakąś jaśniejszą ścieżkę. Przyjaciele w większości pojawiają się i znikają. Co więcej, wchodzę już w taki wiek, gdzie powoli sam powinienem stawać się takim człowiekiem, doświadczonym, ogarniętym, ustatkowanym. Tymczasem wciąż zbyt często czuję się bezradnym chłopcem, który wykonuje niezgrabne zwroty to w lewo, to w prawo i ciągle jakby idzie bocznymi drogami nie mogąc trafić na tę główną. Czasem chciałbym, milcząc, opowiedzieć o tym komuś tak, żeby ten ktoś, milczeniem, wyraził swoje zrozumienie. Ale to się nie zdarzy, to się bardzo rzadko zdarzało.
Szukam, bywa, że dostaję zastrzyk potężnej energii i pewność siebie pcha mnie na tory, z których za chwilę próbuje mnie zepchnąć wiatr rodzący się z wątpliwości, ze strachu i zazwyczaj mu się udaje. Jestem trochę, jak we mgle, ciągle staram się iść prosto... wychodzi jak wychodzi. Skołatane nerwy dają czasem o sobie znać. Staram się nie słuchać ich, ale to nie zawsze leży w mojej mocy. Poczucie bezpieczeństwa nigdy nie miało pakietu większościowego w mojej historii. Sam nie potrafię sobie wybaczyć zbyt wielu rzeczy.
Z wiekiem coraz trudniej jest o tym z kimś rozmawiać, zresztą nie chcę. Ktoś kiedyś nauczył mnie, żeby nie obarczać innych swoimi problemami. Tak więc nie robię tego. A jeśli już, to nieinwazyjnie... w końcu nikomu na każę czytać tego bloga. Sytuacja wydaje się patowa. Wydaje się coraz mniej prawdopodobne, żeby odnaleźć w życiu to, na czym najbardziej mi zależy, czego najbardziej potrzebuję. Żyję zatem w skali szarości. I chociaż podejmuję co rusz kolejne próby, czynię to z coraz mniejszym zaangażowaniem. Po prostu bliżej tego wszystkiego jestem, gdy w ciepły wieczór wpatruję się bezmyślnie w niebo, albo w rzekę mieniącą się odbitym światłem latarnii.
Gdybym złowił Złotą Rybkę... bezinteresownie podarowałbym jej wolność mając nadzieję, że równie bezinteresownie spełni moje najgłębsze marzenie, co do którego sam nie jestem pewien, czy potrafię je wyartykułować. Nie miałbym jednak do niej pretensji, gdyby po prostu odpłynęła. Na pewno nie stawiałbym jej ultimatum.
Rzeczy po prostu się dzieją.
Planuję kolejne zmiany, zmiany dość znaczne. Za miesiąc okaże się czy będę jeszcze tu. Czasem dopada mnie taka okropna myśl... a wręcz nawet po prostu mi ona ostatnio towarzyszy "to już nie ten wiek, żeby zaczynać wszystko od nowa". Tylko że... jak nakarmić swoją nadzieję?
Pragnienie stabilizacji jest coraz silniejsze.
Zatem, gdy po raz kolejny myślę o zmianach i ustalam bardzo realne już opcje... chciałbym, żeby po prostu ktoś mnie zatrzymał i powiedział: "przecież tu jest twoje miejsce". Tak, żebym poczuł, że ono rzeczywiście jest.
Wzbraniam się przed wpisami na tym blogu. Tak bardzo chciałbym napisać coś niesamowicie optymistycznego, tak bardzo dość mam smutów. Stąd ta nadzieja, że będzie lepiej.
Zaskocz mnie. Zmień bieg wydarzeń. Wyskocz jak Filip z konopii. Trzaśnij mnie w pysk.
Czekam na to. Na trylion sposobów przemyślałem kilka minionych lat. Mam tak bardzo dość myślenia o tym.
Może się nie doczekam. Życie pisze swój scenariusz niezależnie od naszej woli. Tak, wierzę w przeznaczenie.
Odpowiedź na to pytanie nie wydaje się trudna, gdy w której dziedzinie jest jasna przewaga. Masz zajebistą pracę, albo kogoś kto kocha Cię nad życie? Wtedy znasz odpowiedź. Jestem w stanie sobie wyobrazić też taką sytuację, gdy ktoś odpowie "i mieć, i być".
Co, kiedy nie ma wyboru? Co, jeśli jesteś samotny i nie masz zajebistej pracy/pomysłu na życie?
Sam szukam na to pytanie odpowiedzi. Jeszcze niedawno miałem pracę, której poświęcałem się w 100%. Angażowałem się, lubiłem ją, przywiązałem się do ludzi, spędzałem w niej mnóstwo czasu, mimo niedocenienia tego w ostatnich miesiącach przez przełożonych. To było moje życie, wszystko było temu podporządkowane.
Dziś, po zmianie pracy, czuję się fatalnie. Nie nazwę tego kacem moralnym, bo ta decyzja musiała nastąpić. Niemniej, mimo niezłych warunków finansowych, przychodzę tam, bo muszę. Wieczorami piję wino, słucham Toma Odella i płaczę. Lepsze jest wrogiem dobrego.
Marzę o drodze ucieczki, żadnej jednak nie dostrzegam. Staram się tym nie przejmować, przecież pracę można zmienić, ale... na jaką? I co, jeśli to zwolnienie, może rzucić złe światło na osobę, dzięki której poniekąd tę pracę masz?
Co, jeśli nie pomaga alkohol, a papierosy jedynie na chwilę dają minimalne ukojenie? Czy zostają tylko antydepresanty?
A czy nie mógłby się po prostu pojawić ktoś, kto zmieniłby mój punkt widzenia?
Ponad cztery lata temu, gdy poznałem swojego ostatniego chłopaka, byłem w takiej euforii, że obsługiwanie klientów przychodziło mi z taką łatwością, jak nigdy wcześniej. Chciałem napisać poradnik optymisty. Czasem jeden sms od Niego był w stanie odmienić mój dzień. Pamiętam, jak co rano, jadąc do pracy, pisałem Mu coś miłego. Już samo to sprawiało mi frajdę, że miałem komu to napisać.
Od tamtego czasu nie chcę, nie umiem być z kimś, albo po prostu nie mam szczęścia do chłopaków. Nawet nie chce mi się tego roztrząsać. Faktem jest, że mając w głowie historię z Nim, ciężko mi sobie wyobrazić nowy związek.
Ale to ma swoje konsekwencje. Wracam do pustego pokoju. W domu wita mnie tylko kot. Dlatego nie lubię do domu wracać. Dlatego chcę drugą pracę, inną radykalnie, zająć resztę czasu, który mi zostaje po pierwszej.
Dlatego staram się z głupiego kolczyka w uchu czerpać maksymalną radość, mimo że mam swiadomość, jak bardzo chwilowe są te emocje.
Ale to wszystko wydaje mi się tak mało znaczące.
Chciałbym, żeby całe ostatnie trzy lata okazały się złym snem, z którego zaraz się obudzę. Niestety wiem, że się nie obudzę, bo to nie sen.
Ktoś spytał mnie kiedyś, czy lepiej wg mnie być mądrym i samotnym, czy głupim i szczęśliwym.
Bez wahania powiedziałem, że to drugie.
Wielu z nas oglądało Władcę Pierścieni. Sauron wykuł Jedyny Pierćień, który mógł kontrolować inne. Z Pierścieniem tym związał swoje jestestwo. Bez zniszczenia Pierścienia nie mógł zostać unicestwiony sam Sauron. Niestety, po drugiej stronie nic takiego nie miało miejsca. Nie istniał pierścień, który miałby zaklętą w sobie moc wszystkiego co dobre, pozytywne, wszystkiego, co tylko da się wyrazić w życzliwy innym sposób. Zastanawiam się czasem jakby to było, gdyby istniał. Bardzo chciałbym mieć taki pierścień.
Wciąż zastanawiam się, jak dać ujście temu, co dobre we mnie. Jak podzielić się tym, co dobre (jakkolwiek "dobre" definiujemy) i jak sprawić, by urazy, które kiedykolwiek z kimkolwiek miały miejsce, rozwiały się jak zły sen po przebudzeniu. Nie wiem jak to zrobić. Nie wiem, czy to w ogóle możliwe.
Moim przekleństwem jest to, co niektórzy uważają za zaletę. Za dużo analizuję. Zbyt długo szukam sensu, powodu w pojedynczych drobnych zdarzeniach. Za długo wyciągam wnioski. Zgadzam się z tym. Ale przecież, jeśli coś ma być, pełne, prawdziwe, rzetelne, trzeba poświęcić temu sporo czasu. Dziennikarze też dzielą się na tych, którzy chcą błyszczeć i na tych, którzy są rzetelni.
Ktoś mnie kiedyś nauczył pewnej zasady... I jestem mu za to cholernie wdzięczny. "Jeśli już masz coś zrobić, to zrób to porządnie, albo nie rób wcale". Stąd moje dążenie do perfekcjonizmu, które potęguje moje rozmyślania, refleksje. Czasem chciałbym być szczęśliwym głupcem. Zupełnie jak w tym wierszu...
Nadeszła zima. W końcu nadejść musiała. Marzyłem zawsze o zimie bez śniegu i tym razem prawie się spełniło. Dziś spadł śnieg. Leży na ulicach mokry. Wkrótce zamarznie. Tak, jak zamarzają niektóre wspomnienia.
Co zrobiłbyś, gdyby wszystko to, na czym Ci zależy, obracało się w pył... dlatego, że Ci zależy... za bardzo?
Wszystko, co działo się złego w moim życiu, działo się zawsze w zimie. Nie lubię jej, napawa mnie obawą, źle się kojarzy.
Wiem, co było, a nie ma... Wracając samemu z kina, zdałem sobie sprawę.
Kolejny wieczór, gdy nikogo nie ma w domu. Niepokój nie daje się ukoić. Wzbraniam się przed najprostszym sposobem.
W samotności gryzę orzech... najcieplejszych, najszczerszych, największych słów, jakie mogłem kiedykolwiek, komukolwiek podarować, które obróciły się przeciwko mnie.
Szczerość w uczuciach jest ryzkowna. Może być uznana za terroryzm, szantaż, albo ekshibicjonizm emocjonalny. Tak jak tutaj, na tym blogu. Ale przecież tylko tu, anonimo, bez trucia komuś głowy, mogę sobie uprawiać sentymentalizm. Owa szczerość może zostać wypomniana w najmiej oczekiwanym momencie. Tego nie da się zapomnieć.
Może lepiej się zastanowić, zanim się coś wypowie... choćby intencje były najlepsze... i choćby wypływało to z głębi serca. Nigdy nikogo tak bardzo.
twoja koszula
leży w szafie od lat
starannie uprasowana
złożona w kostkę
nieskazitelnie biała
i zupełnie się nie starzeje
słońce spogląda na nią rzadko
czasem kot chciałby
zrobić sobie z niej posłanie
ale nie pozwalam
ma swoją osobną półkę
nic innego na niej nie kładę
przymierzało ją kiedyś kilka osób
ale jakoś na każdym się źle układa
to najmniej kłopotliwa rzecz
przy przeprowadzkach
wiesz kiedy miałem ją na sobie
wychodziłem wtedy od ciebie
bardzo szczęśliwy