piątek, 27 grudnia 2013

Znaleźć dom.


Każdy człowiek potrzebuje w swoim życiu takiego miejsca, do którego mógłby wracać. Miejsca, w którym czułby się bezpiecznie bez względu na wszystko. Jednak nie każdy takie miejsce ma.
Mam już 29 lat i wciąż nie umiem takiego miejsca ani osoby odnaleźć. Nie ma człowieka czy miejsca, do którego chciałbym wracać. Miałem kiedyś namiastkę tego. Utrata owego złudzenia stanowiła ogromny wysiłek psychiczny dla mnie.

Byli ludzie, z którymi łączyła mnie szczególna więź (nie mam na myśli tylko partnerów), mogli oni być moim domem. Ale zniknęli.
Było miejsce, które nazywałem domem i jest miejsce, które chce się domem nazywać.
Ale to nie mój dom.

Nie wiem, gdzie on jest. Czy kiedykolwiek go znajdę...
Z pokorą myślę o tym, że może mi się to nigdy nie udać. Nie wszystko w życiu przecież się udaje.

Dom moich marzeń jest pełen spokoju, wyciszenia, zrozumienia, wspólnego działania. Jest ciepły zimą i chłodny latem. Jest moim przytuleniem w trudniejszych momentach. I jest wciąż tylko w mojej głowie.

sobota, 7 grudnia 2013

"Weź spierdalaj"

Największym marzeniem przytłoczonego człowieka jest to, by się uwolnić.
Rozumiem to doskonale.
Czasem z tego powodu wino jest moim najlepszym przyjacielem. Rzadko. Dziś jest akurat ten dzień. Wiele razy zabierałem się do pisania notatki. Wiele razy próbowałem wydobyć ze swojej głowy, z chaosu, natłoku myśli, coś konkretnego, by napisać notatkę na bardzo zaniedbany blog.
Udało siędopiero dziś.
Praca stała się nie tylko celem mojego życia, ale wręcz życiem. Wszystko obraca się wokół niej. Czuję się jak pies przykuty na łańcuchu do budy. Mimo że lubię budę, nie zawsze ów łańcuch jest moim przyjacielem.

Chcę rozłożyć ręcę i tak jednym kolistym ruchem odsunąć wszystko od siebie. Powiedzieć napierającym ludziom, każdemu z osobną... boli Cię głowa? - "Weź spierdalaj". Potrzebuję czasu dla siebie. Potrzebuję go jak wody, tlenu, żeby się nie udusić, nie umrzeć z pragnienia.
I czasem dokonuję wyjścia. Wąska szczelina, przesmyk, przełęcz prowadząca do wielkiego świata zewnętrznego kieruje mnie na drogę, u której końca jest dom z zamkniętymi drzwiami.
Płacz? Nie, to już było. Nie chcę płakać. Po prostu wracam.
Nie chcę myśleć. Bardzo nie chcę. Myślałem długo. Za siebie i nie tylko. Wolność, czymkolwiek ona jest, a w moim wyobrażeniu jest pokrewna szczęściu, jest moim pragnieniem. Chcę się z nią stopić w jedno. Chcę być z wolnością. Stanowić wolność. Ale tylko złość jest moim wybawieniem, więc barykaduję się złością. Zamykam. Dziękuję, do widzenia, dobranoc, spierdalaj.
Chcę być sam ze sobą. Tylko dla siebie. Bez myśli. I kurwa, odpocząć.


sobota, 29 czerwca 2013

Nieodnajdywalne clue

Nie umiem ostatnio napisać posta. Wiele razy myślałem, jaką myśl uczynić tą przewodnią w kolejnym poście na blogu i nie wiem. W głowie mam chaos refleksyjny. W chwilach wyciszenia jest mi tak wszystko obojętne, że mógłby obok mnie runąć wieżowiec i nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Co ciekawe, nie jest to wcale złe uczucie. Wręcz przeciwnie - całkiem przyjemne.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odwiedziłem Kraków i dwa razy Warszawę. Kraków jakoś nigdy mi specjalnie do gustu nie przypadł, mimo że obiektywnie rzecz biorąc, jest to całkiem ładne miasto. Szkoda tylko, że zatrzymał się w czasie w każdym tego słowa znaczeniu. Wiele miejsc nie akceptuje płatności kartą, a w innych są bardzo wysokie progi płatnicze. Cocon - największy klub gejowski w Polsce (podobno), ma kasę fiskalną rodem z poprzedniej epoki, a wyjście na chwilę z klubu, może skutkować koniecznością ponownej opłaty za wstęp. Było to dla mnie dość niemiłe zaskoczenie, gdy musiałem wyjść do bankomatu i wybrać gotówkę z karty kredytowej. W głowie utkwiła mi też sytuacja, gdzie płatność kartą w taksówce trwała... 20min. Ku mojemu zaskoczeniu, kierowca, zamiast wyjąć terminal, zaczął wypełniać druczki i łączył się z centralą, żeby potwierdzić transakcję.
Do Warszawy z kolei mam lekki sentyment. Bardzo dobrze się czuję w stolicy. Tak trochę jak u siebie.
(Uwielbiam zapach jaśminu, który tam się wciąż unosił.)
Tutaj też uczestniczyłem w marszu zwanym "Paradą Równości". Nie wiem, dlaczego nazwano to paradą. Marsz był spokojny, nawet bardzo. Nie było skandowania haseł, okrzyków, muzyka niby żywa, ale DJ chyba miał niezbyt dobry dzień. Nie żałuję uczestnictwa, ale chyba liczyłem na coś więcej. Na plus należy zaliczyć brak kontrdemonstracji.

Piosenka Niemena - "Dziwny jest ten świat", chociaż piękna, w żaden sposób nie pasuje do parady.

Taki trochę smutny ten naród, c'nie? ;-)

poniedziałek, 6 maja 2013

Podróże nieduże: Toro

To było jak sen. Tańczyliśmy we dwóch, trzymaliśmy się za ręce, a nasze usta...
W końcu się do kogoś przytuliłem trochę mocniej niż na przywitanie... od tak dawna. (Dlaczego dopiero w Warszawie?)
Bawiłem się z nim całą noc. Klub opuściłem dopiero, gdy było już jasno. Nawet nie pamiętam jak dotarłem z powrotem do hotelu. Następnego dnia wysłałem smsa. Nie odpisał. Mimo to, z pewnym żalem myślałem o powrocie. Nie chciałem wyjeżdzać ze stolicy. Było mi tam dobrze.

Warszawa wydaje się być miastem ludzi bardziej otwartych. Jest jakby trochę mniej dzikusów, które nie chcą się nawet spotkać przy kawie (przepyszna latte z białą czekoladą jest we Flow na Nowym Świecie).
W ciągu kilku dni poznałem kilka osób i spotkałem się ze starym znajomym. I już się cieszę na myśl o tym, że wrócę tam niedługo.

Tęsknię, ale nie mam do niego żalu. Właściwie, ani się nie spodziewałem, ani nikt nikomu niczego nie obiecywał. Cieszę się, że mogłem przez jedną noc poczuć ułamek szczęścia.

---

To była ostatnia i najlepsza impreza. Oprócz Toro, odwiedziłem też Glam... klub, który jest mocno niedoinwestowaną piwnicą, cały dla palących. Generalnie ma same minusy, oprócz muzyki wpadającej nieco w electro. W Galerii z kolei... galeria osobliwości z batmanem na czele (chłopak w czarnej pelerynie obwieszony srebrnymi łancuszkami) w połączeniu z imprezą informatyków i niekończącym się karaoke na niewielkiej przestrzeni - całość budziła niesmak. Zaśpiewałem tam Majewską i sam się zdziwiłem, że aż tak dobrze mi poszło. Czułem to. Wróciłem do stolika, gdzie kolega wystawiając dłoń na piątkę powiedział: "tak śpiewa Wrocław!"
Była też impreza "Orzeł może", był chłopak pod Kolumną Zygmunta przepięknie grający na wielkich cymbałach, restauracja Magdy Gessler na każdym kroku, monumentalne budowle, metro... ach, wrócę tam... wrócę na pewno.

piątek, 15 marca 2013

Place, you can go

- Chodź na parkiet - mój współlokator ewidentnie nie może ustać w miejscu.
- Ok - mówię, - pod warunkiem, że wypijesz ze mną wściekłego.
wiem, ze nie znosi wódki. A ja bez wódki nie umiem się upić. Wykorzystuję sytuację. Idziemy na parkiet. I nawet jeśli bardzo dobrze się bawię, prędzej czy później następuje moment, gdy patrzę na całe towarzystwo z boku... jak dobrze byłoby bawić się tu ze swoim chłopakiem. Zawsze sobie to wyobrażam. I jakoś tak... maleje w tym momencie przepustowość gardła.
Nikt tutaj mi się nie podoba. Nawet gdybym chciał wyrwać kogoś na seks, co byłoby zrozumiałe po dwóch latach abstynencji, nie ma kogo. Nie ma tu zwyczajnego przystojnego chłopaka. Such a brutality. A jednak cieszy mnie, że ludzie się bawią. We found love, moving a right direction i kilka innych piosenek.
- Muzyka zawsze kojarzy mi się z czymś konkrentym. Z chłopakiem, albo jakimś wydarzeniem - mówi współlokator.
Nie odpowiadam. Jestem w swoim świecie. Mam tak samo.

Nie chcę robić zbyt kiczowatego wpisu. Z drugiej strony, nie jestem Mickiewiczem. Wyjmując z ust szynę wypełnioną silikonem, zastanawiam się, czy pójdę TAM po urodzinach kolegi z pracy.
Poszedłem.
Już wkrótce biały uśmiech, który będzie podziwiało moje lustro.

Tolerancyjni znajomi, ale bez adopcji.
Mam tego dość. Odczuwam głęboką potrzebę zmiany. Nie chcę o nic walczyć i nie chcę niczego udowadniać. Chcę żyć normalnie i szczęśliwie. Chcę mieć chłopaka. Wziąć z nim ślub. Adoptować dziecko. Nie mam ochoty udowadniać komuś, że moja miłość do faceta nie wpłynie na dziecko źle. Mam takie poglądy głęboko w dupie. Tak! Głębiej niż penis partera!

I kładąc się spać chciałbym utopić się w czyichś objęciach, żeby wiedzieć, że właśnie w nich jest cały mój świat.
Kur*a. Jednak kicz. Ale co poradzę, gdy oczy jakoś same wilgotnieją?
Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. - Aureliusz Augustyn z Hippony