piątek, 15 marca 2013

Place, you can go

- Chodź na parkiet - mój współlokator ewidentnie nie może ustać w miejscu.
- Ok - mówię, - pod warunkiem, że wypijesz ze mną wściekłego.
wiem, ze nie znosi wódki. A ja bez wódki nie umiem się upić. Wykorzystuję sytuację. Idziemy na parkiet. I nawet jeśli bardzo dobrze się bawię, prędzej czy później następuje moment, gdy patrzę na całe towarzystwo z boku... jak dobrze byłoby bawić się tu ze swoim chłopakiem. Zawsze sobie to wyobrażam. I jakoś tak... maleje w tym momencie przepustowość gardła.
Nikt tutaj mi się nie podoba. Nawet gdybym chciał wyrwać kogoś na seks, co byłoby zrozumiałe po dwóch latach abstynencji, nie ma kogo. Nie ma tu zwyczajnego przystojnego chłopaka. Such a brutality. A jednak cieszy mnie, że ludzie się bawią. We found love, moving a right direction i kilka innych piosenek.
- Muzyka zawsze kojarzy mi się z czymś konkrentym. Z chłopakiem, albo jakimś wydarzeniem - mówi współlokator.
Nie odpowiadam. Jestem w swoim świecie. Mam tak samo.

Nie chcę robić zbyt kiczowatego wpisu. Z drugiej strony, nie jestem Mickiewiczem. Wyjmując z ust szynę wypełnioną silikonem, zastanawiam się, czy pójdę TAM po urodzinach kolegi z pracy.
Poszedłem.
Już wkrótce biały uśmiech, który będzie podziwiało moje lustro.

Tolerancyjni znajomi, ale bez adopcji.
Mam tego dość. Odczuwam głęboką potrzebę zmiany. Nie chcę o nic walczyć i nie chcę niczego udowadniać. Chcę żyć normalnie i szczęśliwie. Chcę mieć chłopaka. Wziąć z nim ślub. Adoptować dziecko. Nie mam ochoty udowadniać komuś, że moja miłość do faceta nie wpłynie na dziecko źle. Mam takie poglądy głęboko w dupie. Tak! Głębiej niż penis partera!

I kładąc się spać chciałbym utopić się w czyichś objęciach, żeby wiedzieć, że właśnie w nich jest cały mój świat.
Kur*a. Jednak kicz. Ale co poradzę, gdy oczy jakoś same wilgotnieją?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. - Aureliusz Augustyn z Hippony