poniedziałek, 18 grudnia 2017

Prawo przyciągania

To, w jakim miejscu się znajdujesz, jest efektem decyzji, które podjąłeś w przeszłości.

Wspominając imprezy w klubie, którego już nie ma, pracę w budynku, który został dawno wyburzony, chłopaka, który odszedł dawno temu, kraj, w którym już nie mieszkam, zaczynam się zastanawiać, ile podjąłem decyzji dobrych, ile złych. Co to w ogóle znaczy, że decyzja była zła? Czy wszystkie decyzje podjąłem całkowicie świadomie? Czy doprowadziły mnie do odpowiedniego punktu? Dokąd prowadzą mnie moje obecne decyzje?

Moje życie jest naznaczone wieloma tęsknotami. A tęsknota to brak. A prawo przyciągania działa tak, że jeśli Ci czegoś brak... to będzie Ci jeszcze bardziej brak.
Absurdalne?
Niekoniecznie.

Naczytałem się wiele książek, naoglądałem się wiele poradników. Próby zgłębienia siebie nie pozostały bezowocne, ale efekty wciąż są niesatysfakcjonujące, wciąż dużo pracy przede mną.
Mam znajomego, który powiedział mi kiedyś, że rośnie to, co karmisz. Co zatem karmię? Co Ty karmisz?
"Dostajesz to, co jesteś" - mawia pewien youtuber*.

Ale od początku. Widzisz faceta z grymasem na twarzy, ma zły dzień. Wchodzi do sklepu po bułkę. Sprzedawca podaje mu taką mocniej wypieczoną. I zaczyna się awantura. W oczach kupującego, sprzedawca, chce go zrobić w jajo sprzedając niepełnowartościowy produkt. Sprzeczka dodatkowo psuje dzień kupującego. "Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie" - myśli.
Inna sytuacja: pewny siebie, pozytywnie nastawiony facet wchodzi do sklepu i dostaje od sprzedawczyni przypieczoną bułkę... "-powiedziałbym, że bułka zbyt przypieczona, ale tak sympatycznej sprzedawczyni nie mogę..." - na odchodne uśmiecha się szeroko. Sprzedawczyni odpowiada mu uśmiechem.
To najprostsza ilustracja prawa przyciągania. Część osób robi to świadomie. Inne pozwalają podświadomości sterować swoimi decyzjami i zachowaniami. Tych drugich nazywam nieświadomymi lub śniącymi. Przypominają mi trochę lunatyków. Coś im się śni i reagują na sen, a nie na rzeczywistość (ilu jest takich polityków?). Ten sen to zbiór przekonań wpojonych przez proces wychowania, a także nabytychw wyniku doświadczeń. Ta spirala się nakręca, bo Twój mózg chce utwierdzać się w swoich przekonaniach. Jeśli nie prowadzi Cię to w dobrą stronę, trzeba to przerwać, obudzić się, stać się świadomym  człowiekiem, wziąć swiadomą odpowiedzialność za swój los.

Nie będzie bezboleśnie, o nie. Mózg będzie próbował racjonalizować - "to bzdury", "nie mam czasu", "czary-mary". Ale decyzję podejmujesz TY SAM. Zrób to świadomie. Zrób to :)


*a oto wspomniany youtuber:



niedziela, 26 listopada 2017

Wampir energetyczny na krzyżu


Jak rozpoznać wampira energetycznego? Stron, które dadzą Ci takie rozeznanie, jest w Internecie całkiem sporo. Ja nie muszę już ich czytać. I nie muszę Ci pisać teorii z tego prostego powodu: byłem wapirem energetycznym. Dziś mogę powiedzieć, że zarówno przebywanie w towarzystwie wampira energetycznego, jak i bycie wampirem energetycznym, jest pewną formą życiowego krzyża (uoua... wielkie słowa). Co mam na myśli? Od razu zaznaczę, że moje doświadczenie nie musi definiować każdego wampira. Otóż:

1. Wampir energetyczny często nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest wampirem energetycznym.
2. Próby uświadamiania wampira są bardzo trudne i nierzadko spełzają na niczym.
3. Przebywanie w towarzystwie takiej osoby jest bardzo trudnym, toksycznym doświadczeniem.
4. Bycie wampirem jest jak głód, którego nie da się zaspokoić (w dalszej części rozwinę tę myśl).

Czujesz się źle w towarzystwie danej osoby, która potrzebuje ciągłego pocieszania, podtrzymywania na duchu, litowania się? Chciałbyś czasem liczyć na wsparcie, ale nie możesz, bo wampirzasty jegomość zajęty jest swoimi troskami, a w dodatku ma pretensje, że nie zwracasz na niego dostatecznie dużo uwagi? Paskudne uczucia, prawda? Większośc poradników, które czytałem, radzą jedno: odciąć się od takiej osoby. Oczywiście jest to rozwiązanie szybkie, czasem bolesne w przypadku partnera, ale to jak wyrwanie zęba - bół koszmarny pół dnia, a potem ulga, bo już nie boli co chwila. Czy to jedyne wyjście? Oczywiście nie, ale tutaj wchodzi w grę pytanie, na ile ważna dla Ciebie jest dana osoba i czy chcesz poświęcić naprawdę dużo swojej energii na to, by dać szansę tej osobie na przemienienie. Każdy wampir ma przebłyski bycia człowiekiem. Czy czas spędzony z tym człowiekiem jest okej?
Przemienienie może nastąpić w wyniku traumatycznych i bardzo bolesnych wydarzeń, po których następuje refleksja i ciąg zdarzeń, które sprawiają, że dana osoba zaczyna rozumieć, jak się zachowuje i zaczyna się mozolnie zmieniać. Zmiana nie jest łatwa i zabiera sporo czasu.
Drugą możliwością jest pomoc bliskiej osoby. Jak mogłaby wyglądać taka pomoc? Pamiętam, jak mówiłem komuś, kto mnie zostawiał, że potrzebuję wsparcia, pomocy... ale nie potrafiłem zdefiniować, o co właściwie mi chodzi. Być może pomógłby psycholog, ale tu wchodzą w grę koszty i kwestia mobilizacji. Trochę mi dziś szkoda na myśl o wielu wspaniałych chwilach, które mnie spotkały, a których nie umiałem docenić, ale to dało mi kontekst do tego, bym dziś mógł cieszyć się zupełnymi nawet pierdołami.
Trzeba pamiętać o jednej rzeczy - toksyczne są zachowania - nie ludzie. Pomoc wampirowi energetycznemu trzeba zacząć od prób uświadamiania. Nie czaruj się - nie przejdzie bez oporu.

Wspomniałem, że bycie energetycznym wampirem jest jak niekończący się głód. Wyobraź sobie, że jesteś kosmicznie głodny, a przed Tobą, na stole, leży kanapka. Zjadasz ją, potem drugą i następną... potem zacznynasz domagać się kolejnych kanapek. Jesteś wciąż głodny, osoba, która przygotowuje kanapki zaczyna powoli mieć Ciebie dość. Najpierw pokazuje swoją niechęć, ale wciąż robi kanapki, w końcu co jakiś czas przerywa ich podawanie. W głodomorze narasta frustracja i niezrozumienie, dlaczego ktoś skazuje go na głód, pojawiają się pretensje. Wreszcie, doprowadzony do ostateczności pan kanapka, rzuca fartuch i wychodzi. A głodomor odczuwa jeszcze większy głód, do tego ma poczucie żalu i osamotnienia. Jednakże obie osoby nie pomyślały, że ten głód to przejaw jakiejś choroby, negatywnego procesu, który odbywa się w umyśle lub organizmie głodomora. On nie robi tego specjalnie.

Na zdrowie!

Osobiście, gdy dziś sam stykam się z bardzo negatywnymi osobami, zdaję sobie sprawę, że ich nastawienie nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ich uświadamianie to proces długotrwały i wymagający dużych pokładów cierpliwości, ale też odporności. Co można robić, by wytrącać kogoś z wampirzego rytmu?

1. Zadawaj pytania dające do myślenia lub wytrącające z czarnych myśli. To delikatny sposób. Co dobrego/pozytywnego ci się dziś przydarzyło? Jakie masz marzenia? Dokąd chciałbyś pojechać na urlop? Absolutnie nie koncentruj się na jakże dramatycznym fakcie, że dziś przemoczył jedyne buty, z uśmiechem na ustach odpowiedź nie do końca serio, że przecież można na skarpetki zakładać woreczki foliowe. W przeciwnym razie wampir energetyczny wciągnie Cię w negatywne dyskusje, które sprawią, że sam poczujesz się źle.

2. Pokaż, że też jesteś człowiekiem ze słabymi punktami i potrzebujesz wsparcia - twój rozmówca poczuje się potrzebny i być może skłoni go to do refleksji.

3. Bądź szczery i powiedz wprost, że czujesz się przytłoczony nadmiarem negatywnych rozmów i sytuacji. Tu powinieneś się wykazać delikatnością - im bliżej jesteś z daną osobą, tym lepiej.

4. Wk..wij się! Jeżeli jesteś dla wampira ważną osobą, powiedz "nawet nie wiesz, jak mnie to w..rwia", ale nie przerywaj rozmowy.

5. Konsekwetnie przypominaj, że jesteś zmęczony jego ciągłym pesymizmem.

6. Przywołaj historie swoje i innych ludzi, które mimo że negatywne, to kończyły się szczęśliwie. Uświadom, że żyjemy w całkiem niezłym kraju (mimo wszystko) i miliony, a wręcz miliardy ludzi na Ziemi, mają gorzej.

7. Podsyłaj poradniki motywacyjne, książki tematyczne, opowiedz o prawie przyciągania (o nim następny wpis) i przypominaj o nim, bądź upierdliwy, niech w końcu się za siebie weźmie.

Pomimo usilnych wysiłków i ogroma poświęconego czasu, może się okazać, że nie zadziałało. Na mnie nie zadziałało. Wiesz dlaczego? Widocznie przyczyna jest dość poważna. W moim przypadku był to brak poczucia bezpieczeństwa, brak wiary w siebie i niska samoocena. Tak naprawdę, to z tymi elementami psychiki należało popracować, bo powodowały one u mnie mieszkankę emocji, której nawet nie jestem w stanie opisać słowami.

Ja swoją lekcję odrobiłem, przynajmniej w tym podstawowym zakresie, choć dużo mnie to kosztowało. Zdaję sobie sprawę, że dla kogoś, kto wtedy był mi bardzo bliski, to było też przykre doświadczenie. Nie spoczywam jednak na laurach, wiem że praca nad sobą jest procesem, którego nie warto przerywać... przez całe życie.

Ahoj!





poniedziałek, 20 listopada 2017

No to się porobiło

Palce mi latały, ciągnęło je do klawiatury, głowa pełna pomysłów i pozytywnego nastawienia aż rwała się do dyktowania im tekstu na bloga... i minęło ponad pół roku od ostatniego wpisu. Cóż, ten rok nie potoczył się ani wg wspaniałego chińskiego horoskopu, ani po mojej myśli. Dziś trafiłem na ciekawy wideoblog, który dał mi sporo do myślenia. Ciągle wierzę w prawo przyciągania, więc szukam przyczyny w sobie.  I chyba znalazłem - taką mam nadzieję. Czuję się dobrze. Wkrótce urlop. Jadę do Polski. Już się cieszę, że odwiedzę swoje miejsca, spotkam bliskich mi ludzi. I pomyślałem sobie, że na przekór wszystkiemu, pięknie zakończę ten rok, ale nie zdradzę jeszcze jak :)


W przyszłym roku szykują się grube zmiany. Dość stania w miejscu, dość ponurych widoków, depresyjnej czerwonej cegły za oknem. Dość, dość, dość.

Trzeba się spieszyć. Przecież życie nie czeka :)




środa, 19 kwietnia 2017

Home is where the heart is


Z małym poślizgiem, ale jest. Oto nowy wpis :)

Odkąd przestałem pisać nowe teksty, minęło sporo czasu. Nosi mnie po świecie, to tu, to tam. Obecnie mieszkam już w piątym mieście i jest duże prawdopodobieństwo, że nie w ostatnim. Czułem się trzy lata temu we Wrocławiu jak w klatce. Męczył mnie duch przeszłości, rozczarowanie teraźniejszością i niepewność przyszłości.

W Warszawie miałem przyjemność studiować bardzo fajny kierunek - gospodarkę przestrzenną. Trochę żałuję, że go zostawiłem, ale też niezbyt miałem wyjście. W końcu wylądowałem tam, gdzie wszyscy specjaliści, albo ci, którym w życiu nie wyszło - w Zjednoczonym Królestwie :) Nie powiem, w którym mieście żyję, zdradzę tylko, że mieszkam w nim już dłużej niż w Warszawie, a jeszcze trochę tu pobędę na pewno. Wszystkie te zmiany i przeprowadzki dały mi dodatkowe punkty widzenia na moje stare sprawy. Oto Wrocław, w którym czułem się jak w klatce, z perspektywy czasu wydaje mi się miastem możliwości, z których po prostu nie korzystałem. Warszawę też ciepło wspominam, choć przyznać muszę, że stolica potrafi trochę zmęczyć, ale mam także tam miejsca, do których lubię wracać.

Dlaczego o tym wszystkim piszę?
Niedawno obejrzałem na "jutiubie" film, w którym ukraiński imigrant chwali Polskę i opowiada, co mu się w niej podoba. Oglądałem to z pewnym rozbawieniem nie dlatego, że opowiadał androny, ale dlatego, że jego słowa brzmiały tak, jak słowa wielu Polaków o naszym zachodnim sąsiedzie - Niemczech. Wg tej relacji mamy świetne drogi, miłą obsługę w sklepach, porządek i skoszone trawniki. Pomyślałem sobie, jak bardzo nie doceniamy tego, co mamy. Jak bardzo frustracja zniszczyła nasze mózgi, że pozwoliliśmy przejąć władzę ludziom szalonym dając się uwieść populistycznym obietnicom. Okej, już polityki nie będzie. Urzekło mnie angielskie przekonanie, że wszystko, co angielskie, jest najlepsze (choć to często nieprawda). Szkoda, że Polacy nie są ze swojego kraju tak dumni. Nie kłamie ten, kto mówi "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma". Nauczyłem się, że wszędzie są plusy i minusy. Nauczyłem się, że warto doceniać to, co ma się tu i teraz. Cóż, podróże kształcą. Doceniłem polskie jedzenie, a otaczająca mnie angielska monotonia ceglana sprawiła, że doceniłem także polską architekturę (ach, temat - rzeka).
Gdy mieszkałem w Warszawie, przeczytałem książkę Jana Gehla "Miasta dla ludzi" i prawie uwierzyłem w polską beznadziejność. Dziś już wiem, że niskie budownictwo wcale nie musi gwarantować integracji, a wysokie izolacji.  Czasem, paradoksalnie, działa to dokładnie odwrotnie. Tak dużo zależy od samych ludzi...

Lubię polski język. Lubię, wracając na urlop, czerpać przyjemność z samego patrzenia na Wrocław. I pewnego dnia wrócę do tego miasta już bez żadnego buntu, bez poczucia porażki. Siądę, jak niegdyś z książką na Bulwarze Włostowica i będę chłonął rzeczywistość dookoła mnie. Wrócę, bo będę chciał, bo dzięki tym wielu zmianom, które w moim życiu miały miejsce, wiem, że to jest moje miejsce. Nareszcie je znalazłem. Znalazłem je, będąc daleko od niego.


Nowy wpis 7 maja.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Tak bywa :)

Tak bywa, że się chce wracać, ale się nie wraca, albo nie chce się wrócić, ale się wraca, a ja chcę wrócić i wracam. Do pisania bloga, ale nie tylko. Od ostatniego posta minęły ponad dwa lata. O rany, ileż ja mam zaległości :-)
Bywa też, że się nie chce wyjeżdżać, a się wyjeżdża, albo się chce, ale nie do końca. O, ironio losu, piszę te słowa z kraju dziwaków ;D
Blog gotowy, ja gotowy, energia w palcach i miliony myśli w głowie...
Pierwszy konkretny post 18 kwietnia, zapraszam.

I nutka akurat na czas oczekiwania ^^


Do zoba!

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. - Aureliusz Augustyn z Hippony