Przybierałem w życiu różne maski, ale nigdy nie wyzbyłem się, choć wielokrotnie próbowałem i dziś bardzo bym tego pragnął, naiwnego przekonania, wiary, że w każdym człowieku jest dobro, że z każdym człowiekiem da się porozumieć, jeśli tylko ma się klucz do jego podświadomości. Kiepsko żyje się mając przekonania nie przystające do rzeczywistości.
Wychowałem się na bajkach, w których wszyscy są dla siebie dobrzy, a nawet, jeśli nie, to dobro (jakkolwiek definiowane) zawsze zwycięża. Bezlitośnie nakarmiono mnie milionami wymyślonych happy end'ów.
W tym przekonaniu czuję się dość samotny, a samotność to trochę jak długie, powolne umieranie.
Nie mam wokół siebie autorytetów, ludzi starszych, którzy coś w życiu osiągnęli, których mógłbym się poradzić, którzy mogliby wskazać jakąś jaśniejszą ścieżkę. Przyjaciele w większości pojawiają się i znikają. Co więcej, wchodzę już w taki wiek, gdzie powoli sam powinienem stawać się takim człowiekiem, doświadczonym, ogarniętym, ustatkowanym. Tymczasem wciąż zbyt często czuję się bezradnym chłopcem, który wykonuje niezgrabne zwroty to w lewo, to w prawo i ciągle jakby idzie bocznymi drogami nie mogąc trafić na tę główną. Czasem chciałbym, milcząc, opowiedzieć o tym komuś tak, żeby ten ktoś, milczeniem, wyraził swoje zrozumienie. Ale to się nie zdarzy, to się bardzo rzadko zdarzało.
Szukam, bywa, że dostaję zastrzyk potężnej energii i pewność siebie pcha mnie na tory, z których za chwilę próbuje mnie zepchnąć wiatr rodzący się z wątpliwości, ze strachu i zazwyczaj mu się udaje. Jestem trochę, jak we mgle, ciągle staram się iść prosto... wychodzi jak wychodzi. Skołatane nerwy dają czasem o sobie znać. Staram się nie słuchać ich, ale to nie zawsze leży w mojej mocy. Poczucie bezpieczeństwa nigdy nie miało pakietu większościowego w mojej historii. Sam nie potrafię sobie wybaczyć zbyt wielu rzeczy.
Z wiekiem coraz trudniej jest o tym z kimś rozmawiać, zresztą nie chcę. Ktoś kiedyś nauczył mnie, żeby nie obarczać innych swoimi problemami. Tak więc nie robię tego. A jeśli już, to nieinwazyjnie... w końcu nikomu na każę czytać tego bloga.
Sytuacja wydaje się patowa. Wydaje się coraz mniej prawdopodobne, żeby odnaleźć w życiu to, na czym najbardziej mi zależy, czego najbardziej potrzebuję. Żyję zatem w skali szarości. I chociaż podejmuję co rusz kolejne próby, czynię to z coraz mniejszym zaangażowaniem. Po prostu bliżej tego wszystkiego jestem, gdy w ciepły wieczór wpatruję się bezmyślnie w niebo, albo w rzekę mieniącą się odbitym światłem latarnii.