Z małym poślizgiem, ale jest. Oto nowy wpis :)
Odkąd przestałem pisać nowe teksty, minęło sporo czasu. Nosi mnie po świecie, to tu, to tam. Obecnie mieszkam już w piątym mieście i jest duże prawdopodobieństwo, że nie w ostatnim. Czułem się trzy lata temu we Wrocławiu jak w klatce. Męczył mnie duch przeszłości, rozczarowanie teraźniejszością i niepewność przyszłości.
W Warszawie miałem przyjemność studiować bardzo fajny kierunek - gospodarkę przestrzenną. Trochę żałuję, że go zostawiłem, ale też niezbyt miałem wyjście. W końcu wylądowałem tam, gdzie wszyscy specjaliści, albo ci, którym w życiu nie wyszło - w Zjednoczonym Królestwie :) Nie powiem, w którym mieście żyję, zdradzę tylko, że mieszkam w nim już dłużej niż w Warszawie, a jeszcze trochę tu pobędę na pewno. Wszystkie te zmiany i przeprowadzki dały mi dodatkowe punkty widzenia na moje stare sprawy. Oto Wrocław, w którym czułem się jak w klatce, z perspektywy czasu wydaje mi się miastem możliwości, z których po prostu nie korzystałem. Warszawę też ciepło wspominam, choć przyznać muszę, że stolica potrafi trochę zmęczyć, ale mam także tam miejsca, do których lubię wracać.
Dlaczego o tym wszystkim piszę?
Niedawno obejrzałem na "jutiubie" film, w którym ukraiński imigrant chwali Polskę i opowiada, co mu się w niej podoba. Oglądałem to z pewnym rozbawieniem nie dlatego, że opowiadał androny, ale dlatego, że jego słowa brzmiały tak, jak słowa wielu Polaków o naszym zachodnim sąsiedzie - Niemczech. Wg tej relacji mamy świetne drogi, miłą obsługę w sklepach, porządek i skoszone trawniki. Pomyślałem sobie, jak bardzo nie doceniamy tego, co mamy. Jak bardzo frustracja zniszczyła nasze mózgi, że pozwoliliśmy przejąć władzę ludziom szalonym dając się uwieść populistycznym obietnicom. Okej, już polityki nie będzie. Urzekło mnie angielskie przekonanie, że wszystko, co angielskie, jest najlepsze (choć to często nieprawda). Szkoda, że Polacy nie są ze swojego kraju tak dumni. Nie kłamie ten, kto mówi "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma". Nauczyłem się, że wszędzie są plusy i minusy. Nauczyłem się, że warto doceniać to, co ma się tu i teraz. Cóż, podróże kształcą. Doceniłem polskie jedzenie, a otaczająca mnie angielska monotonia ceglana sprawiła, że doceniłem także polską architekturę (ach, temat - rzeka).
Gdy mieszkałem w Warszawie, przeczytałem książkę Jana Gehla "Miasta dla ludzi" i prawie uwierzyłem w polską beznadziejność. Dziś już wiem, że niskie budownictwo wcale nie musi gwarantować integracji, a wysokie izolacji. Czasem, paradoksalnie, działa to dokładnie odwrotnie. Tak dużo zależy od samych ludzi...
Lubię polski język. Lubię, wracając na urlop, czerpać przyjemność z samego patrzenia na Wrocław. I pewnego dnia wrócę do tego miasta już bez żadnego buntu, bez poczucia porażki. Siądę, jak niegdyś z książką na Bulwarze Włostowica i będę chłonął rzeczywistość dookoła mnie. Wrócę, bo będę chciał, bo dzięki tym wielu zmianom, które w moim życiu miały miejsce, wiem, że to jest moje miejsce. Nareszcie je znalazłem. Znalazłem je, będąc daleko od niego.
Nowy wpis 7 maja.