piątek, 31 października 2014

Up up up!



Zastanawiam się ostatnio, czy ten blog powinien być moim pamiętnikiem, poradnikiem, notatnikiem… a może czymś jeszcze innym?
Pamiętam, że założyłem go już dość dawno. Chciałem bowiem zrozumieć (i nabywaną wiedzą dzielić się), jak to jest, że ludzie się kłócą, że rozchodzą się ich drogi. Dziś znam częściowo odpowiedź, choć wciąż ten temat mnie zadziwia.
Po drodze popełniłem wiele osobistych wpisów, później je usuwałem… Może właśnie dlatego, że nie sposób było, roztrząsając własny przykład, powstrzymać się od negatywnych stanów emocjonalnych.
Dziś nie wiem, czy ten blog jest mi potrzebny, a jeśli tak, to po co.
Ostatni rok narobił sporo zamieszania.

Zerkając na ostatni wpis (już ukryty – był bowiem potrzebą chwili), myślę, że jednak mam z czego być dumny. Poradziłem sobie z milionem trudnych sytuacji, przetrwałem fatalny moment w życiu, wytrzymałem psychicznie w ostatniej pracy (a było to nie lada wyzwanie), przejechałem rowerem całe polskie wybrzeże w sześć dni, poznałem fajnych ludzi w kilku polskich miastach, odważyłem się na wielką zmianę i studiuję w całkiem niezłej uczelni kierunek, o którym kiedyś bym w ogóle nie pomyślał.
Za około 3 lata, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będę miał nadrobiony kawał życia, choć i wysiłek trzeba w to włożyć spory. Tak czy owak, jest szansa.

Warszawa nie jest miastem moich marzeń – jednak. Wrocław to piękne miasto, ale  wrócić do niego będzie porażką. Zresztą Wrocław mógłbym uznać za osobisty symbol porażki. Gdzie zatem mnie zaniesie? Gdzie jest/będzie mój dom? Nie ma. Albo jest tu i teraz. Dom jest właśnie tu, gdzie teraz jestem – wszędzie. A skoro jest wszędzie, to wszędzie i w każdej chwili mogę pojechać – fajne.
Dziś nie zajmują mnie już tak kwestie, które spowodowały pojawienie się bloga. Dziś zastanawiam się raczej nad innymi sprawami. 

Brak mi w tym wszystkim tylko uśmiechu od ucha do ucha, takiego jak kiedyś. Ale i on w końcu się pojawi.







Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. - Aureliusz Augustyn z Hippony