poniedziałek, 6 maja 2013

Podróże nieduże: Toro

To było jak sen. Tańczyliśmy we dwóch, trzymaliśmy się za ręce, a nasze usta...
W końcu się do kogoś przytuliłem trochę mocniej niż na przywitanie... od tak dawna. (Dlaczego dopiero w Warszawie?)
Bawiłem się z nim całą noc. Klub opuściłem dopiero, gdy było już jasno. Nawet nie pamiętam jak dotarłem z powrotem do hotelu. Następnego dnia wysłałem smsa. Nie odpisał. Mimo to, z pewnym żalem myślałem o powrocie. Nie chciałem wyjeżdzać ze stolicy. Było mi tam dobrze.

Warszawa wydaje się być miastem ludzi bardziej otwartych. Jest jakby trochę mniej dzikusów, które nie chcą się nawet spotkać przy kawie (przepyszna latte z białą czekoladą jest we Flow na Nowym Świecie).
W ciągu kilku dni poznałem kilka osób i spotkałem się ze starym znajomym. I już się cieszę na myśl o tym, że wrócę tam niedługo.

Tęsknię, ale nie mam do niego żalu. Właściwie, ani się nie spodziewałem, ani nikt nikomu niczego nie obiecywał. Cieszę się, że mogłem przez jedną noc poczuć ułamek szczęścia.

---

To była ostatnia i najlepsza impreza. Oprócz Toro, odwiedziłem też Glam... klub, który jest mocno niedoinwestowaną piwnicą, cały dla palących. Generalnie ma same minusy, oprócz muzyki wpadającej nieco w electro. W Galerii z kolei... galeria osobliwości z batmanem na czele (chłopak w czarnej pelerynie obwieszony srebrnymi łancuszkami) w połączeniu z imprezą informatyków i niekończącym się karaoke na niewielkiej przestrzeni - całość budziła niesmak. Zaśpiewałem tam Majewską i sam się zdziwiłem, że aż tak dobrze mi poszło. Czułem to. Wróciłem do stolika, gdzie kolega wystawiając dłoń na piątkę powiedział: "tak śpiewa Wrocław!"
Była też impreza "Orzeł może", był chłopak pod Kolumną Zygmunta przepięknie grający na wielkich cymbałach, restauracja Magdy Gessler na każdym kroku, monumentalne budowle, metro... ach, wrócę tam... wrócę na pewno.
Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. - Aureliusz Augustyn z Hippony