czwartek, 11 grudnia 2025

piątek, 8 lipca 2022

Po drugiej stronie lustra

Przez lata, w poszukiwaniu siebie, w wielu kwestiach stałem się kimś innym niż byłem. Stałem się kimś, kogo kiedyś bym nie rozumiał. Być może jest to też trochę kwestia wieku. Burzliwe i gwałtowne emocje zostały zastąpione przez starania trzymania tychże na wodzy. Zamiast wykrzykiwać w czyjąś stronę swoje pretensje, komunikaty ujmuję w znacznie ugrzecznionej formie skupiającej się na moich emocjach i tym, jak się z jedną czy drugą kwestią poczułem. Jest to także podejście doradzane przez wiele osób zajmujących się rozwojem osobistym w tym bardziej wewnętrznym znaczeniu a nie zawodowym czy sprzedażowym. Jednocześnie stałem się też bardziej wyczulony na to czy ktoś te emocje szanuje, czy nie. 

Odrzuciłem także sarkazm, który (choć jest przejawem inteligencji) stosowany bezpośrednio wobec drugiej osoby jest zawoalowaną formą agresji wynikającą z chowanych urazów. Wg znawców tematu, związek, w którym pojawia się wzajemny sarkazm, wchodzi w etap erozji i jest to sygnał, że czas podjąć próbę ratowania go i poprawienia relacji.

W ogromnej większości przypadków sprawdza się takie podejście - zapobiega kłótniom, rozładowuje atmosferę, ucina trzonek, na którym rośnie potencjalny duży konflikt. Nie zawsze to jednak działa i nie znalazłem jeszcze sposobu na zachowanie się wobec osób, które mniejszą uwagę przykładają do czyichś emocji. No bo jak rozmawiać z kimś, kogo denerwuje to, że jest ci przykro, albo co gorsza - zupełnie to ignoruje? Nie mam pojęcia, a zetknąłem się w ostatnim czasie z kilkoma takimi przypadkami. Najgorsze, że właśnie wtedy zdarza mi się tracić kontrolę nad swoimi emocjami - robię się nerwowy. Toksyczność takiej sytuacji odbija się na stronach konfliktu w taki czy inny sposób, choć oczywiście stopień wpływu będzie zależał od poziomu wrażliwości konkretnych osób.

Powyższa kwestia stanowi dla mnie na tę chwilę nierozwiązywalną zagadkę. To trochę jak zamknięta kłódka, do której brak klucza. Rozkminy te są zaiście niezbyt wakacyjne. Ale czy ja kiedykolwiek przestałem dumać na takimi kwestiami?




piątek, 4 grudnia 2020

Jednak nie umarł

Nie, blog żyje. Starzeje się razem ze mną. Popełniam wpisy rzadko, bardzo rzadko, ale nie chcę go utracić. Przywiązuję się. Taka moja cecha.
Tym bardziej ironią, a może złośliwością, losu jest to, że mimo upływu wielu lat ciężko mi odnaleźć moje własne miejsce.
Mieszkałem już w wielu miastach w Polsce, mieszkałem w Anglii, potem znów w Polsce i teraz drugi raz jestem w Anglii. Nie licząc dziwnie zakończonej trzymiesięcznej relacji z chłopakiem z Malezji, od 10 lat jestem sam. Dziwne uczucie. Jedno, czego mogę być pewien to to, że moje losy nauczyły mnie pokory, a czasem były to lekcje dość bolesne.

Czy jestem szczęśliwy? Uroniłem przed chwilą łzę czy dwie z tęsknoty do czasów, które wspominam lepiej, ale skłamałbym twierdząc, że jestem nieszczęśliwy. W końcu bywało gorzej, znacznie gorzej.

Nie mam już wielkich celów i marzeń, zwątpiłem w politykę i straciłem ambicję po tym jak projekt "Wiosna" okazał się katastrofą. Mam dość politycznych katastrof.

Próbowałem swoich sił w różnych zawodach, a nawet w biznesie (choć to trochę jakby za duże słowo).
Tak naprawdę, jedyne czego bym dzisiaj sobie życzył, to mieć te kilka lat mniej i trochę więcej nadziei, że ten świat może wyglądać lepiej, trochę więcej wiary w ludzi.

Takie zwykłe życie, jakie przez pewien czas udawało mi się prowadzić w stylu praca od 9. do 17., wyjścia na piwo ze znajomymi i spokojne mieszkanie z ludźmi, których lubię, w mieście, które lubię w połączeniu ze realizacją marzenia o kochającym partnerze, we w miarę spokojnych czasach, okazuje się po prostu nieosiągalne. Gdyby nie przygarnięty ze schroniska kociak, to pewnie w ogóle miałbym poczucie braku jakiejkolwiek stabilności. Parę razy uratowały mnie antydepresanty. Przyznam, że ciężko mi się żyje bez nich. Czasem w głowie pobrzmiewają mi słowa kogoś, kto kiedyś był dla mnie bardzo ważny: "masz w sobie taką naturalną radość życia". Faktycznie - wtedy miałem. Być może dziś też bym miał w podobnych okolicznościach. Poza tym - kto jej nie ma, gdy jest zauroczony drugim człowiekiem?

I nie, nie chodzi o koronawirusa. Średnio się go obawiam szczerze mówiąc.

Marzę o cieplejszym kraju. Może Hiszpania? Gdyby nie fatalny rynek pracy, to już bym tam był. Może powrót do Wrocławia?
Nie, nie. Za Polskę póki co podziękuję, ani nie jest przyjazna dla jakiejkolwiek inności, ani w moim wieku nie ma też już sensu zbytnio ścierać się za "miskę ryżu".

Co będzie, to będzie. Trudno.




Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. - Aureliusz Augustyn z Hippony